wtorek, 10 października 2017

Ja TEGO NIE ROBIĘ. A ty?


Twoje miejsce w sieci to takie specyficzne miejsce. Bo niby prywatne, twoje, a jednak… nie twoje. Bo do twojego wirtualnego domu (na bloga, konto na tym czy innym serwisie społecznościowym) każdy uważa, że może wejść bez „dzień dobry”, przemaszerować w brudnych butach, rozsiąść się w salonie, nabłocić, a na koniec stwierdzić, że kawa, którą podałaś mu nie smakuje, bo on nie pije gorzkiej i czarnej tylko słodką i z mlekiem, a w ogóle to parzy lepszą…


Już wiecie o czym dziś będzie? Tak, dziś będzie o hejcie w sieci, o krytyce, osądzaniu, ocenianiu i dawaniu „dobrych rad”. A jako że tekst jest w rubryce „Po swojemu” to i podejście do tematu będzie po mojemu:).

Będzie więc nie o tym dlaczego w sieci hejtują, krytykują, osądzają i oceniają inni, ale dlaczego ja tego nie robię.

I tu ważna uwaga - tekst dotyczy tego rodzaju krytyki w sieci, która jest „krytyką dla krytyki”, krytyką krzywdzącą, skierowaną ad personam i niemerytoryczną. Dla wygody „krytyką” nazywam tutaj ogół zjawisk jaki obejmuje: hejt, osądzanie, ocenianie, udzielanie „dobrych rad” z poziomu autorytetu którym się dla kogoś nie jest, podcinanie skrzydeł, niczym nieuzasadnioną złośliwość i zgryźliwość. Tyle gwoli wyjaśnienia. Teraz możecie zaparzyć kawę jaką lubicie i rozsiąść się wygodnie w moim wirtualnym salonie, a ja będę mówić o tym, dlaczego nie krytykuję w sieci.

NIE KRYTYKUJĘ W SIECI

- bo nie chcę nikomu podcinać skrzydeł

Widzę, że w sieci jest cała masa osób z pasją, talentem, zacięciem do czegoś i zamiłowaniem. Te osoby mają odwagę i chęć coś ze swoim talentem robić – pielęgnować go, rozwijać, dzielić się nim z innymi, inspirować itp. I za to wszystko według mnie należy im się wsparcie. Uważam, że talent, pasję, odwagę i pracowitość trzeba wspierać, a nie torpedować. Oczywiście, nie wszystko co widzę i czytam, mi się podoba, ale jeśli mi się nie podoba, to nie krytykuję. Zamiast koncentrować się na tym co mi się nie podoba, wolę kierować swoją uwagę na to, co mi się podoba i doceniać, że komuś się chce, że ktoś coś robi, a nie siedzi z założonymi rękami i narzeka na nudę albo na swoje życie, które „samo” mu się nie ułożyło. Nie podoba mi się – nie musi, ale też nie muszę o tym informować całego świata, ani osoby u której jestem w gościach (i nie ma tu znaczenia, że to tylko wirtualne odwiedziny).

- bo wiem, że nie mam monopolu na prawdę

Moja opinia to zaledwie i TYLKO moja opinia, NIE AŻ moja opinia. Mój gust to TYLKO mój gust, to nie jest gust obowiązujący w całym kraju, to nie jest gust, który powinni koniecznie znać i podzielać inni, bo każdy ma swój. I jeśli ktoś lubi i ma czerwony abażur w pokoju, to moja opinia, że ja wolę fioletowy raczej średnio go obchodzi, bo jakby wolał fioletowy to by miał fioletowy, a jak ma czerwony to znaczy, że chce mieć czerwony. Co go obchodzi, że ja wolę inny?

- bo nie chcę komuś sprawiać przykrości

Nie znam osoby, która lubiłaby być krytykowana. Znam za to wiele osób, którym słowa krytyki zniszczyły życie. Bo ktoś komuś autorytatywnie powiedział, że ktoś się do czegoś nie nadaje i ten ktoś w to uwierzył i poszedł nie tą drogą jaką chciał, tylko tą jaką ktoś inny uważał, że będzie dla niego najodpowiedniejsza. A po latach okazywało się, że ten kto krytykował jednak racji nie miał. Jedni - na słowa krytyki są odporni bardziej, inni - mniej. Jedni wzruszą tylko ramionami, inni skulą się w sobie. Jedni na krytykę zareagują postawą: „to ja wam jeszcze pokażę”, inni stwierdzą: „skoro ktoś mi powiedział, że jestem beznadziejny to pewnie jestem” i jeszcze bardziej obniżą swoją, i tak już niską, samoocenę. Nigdy nie wiadomo na kogo się trafi... Nie krytykuję bo nie chcę być kimś, kto komuś podetnie skrzydła. Nie chcę być osobą, która powiedziała komuś jedno głupie zdanie, które ten ktoś jak zadrę będzie nosił w sercu latami. Nie chcę wypowiadać zdań, które mogą przekreślić czyjeś plany, marzenia i... życie.

- bo nie wiem kogo tak naprawdę krytykuję

No właśnie, nie wiem. To, że czytam czyjegoś bloga albo rozmawiam z kimś na facebooku to nie oznacza, że ja znam tę osobę. To, że mówimy sobie na ty, nie oznacza, że się znamy. To, że mam kogoś w znajomych na facebooku nie oznacza, że to jest mój znajomy. To, że ktoś wirtualnie dzieli się ze mną swoim życiem, swoimi przemyśleniami i doświadczeniami, nie oznacza, że wszystko o tej osobie i jej życiu wiem. Bo nie wiem. Widzę tylko tę część, którą ta osoba pokazuje w sieci. TYLKO część, skromny wycinek jej rzeczywistości. A po fragmencie nie chcę sądzić o całości, bo tej całości nie znam. Jeden pokazuje więcej, inny mniej, jeden jest bardziej, inny mniej otwarty, ale nawet jeśli ktoś sporo pokazuje ze swojej prywatności, to wcale nie znaczy, że ja tę osobę prywatnie znam. Nie znam jej, nie wiem jakim jest człowiekiem, nie wiem jakie ma motywacje i dlaczego robi coś tak, a nie inaczej. A jak nie wiem to nie oceniam. Bo w ocenach bardzo łatwo się pomylić.


- bo jeśli kogoś krytykuję, to tak naprawdę krytykuję siebie

Jeśli mam ochotę kogoś skrytykować, napisać coś zgryźliwie, złośliwie albo ironicznie, autorytatywnie stwierdzić, że coś jest ładne lub brzydkie, dobre lub złe, wdać się w dyskusję to… w pierwszej kolejności zastanawiam się nad sobą. Zastanawiam się nad sobą, bo wiem, że to co irytuje nas w innych, to coś co sami w sobie wypieramy. Cechy, które denerwują nas w innym człowieku, prawdopodobnie mamy my sami, często nawet ich sobie nie uświadamiamy, a często tak je z siebie wyparliśmy, że dalibyśmy się pokroić, że wcale tacy nie jesteśmy, a gdy przychodzi co do czego okazuje się, że jednak jesteśmy… Im jestem starsza tym bardziej wiem, jak mało wiem i tym większą mam świadomość, że do końca samej siebie nie znam. Bo może mi się wydawać, że ja to coś zawsze albo że ja to nigdy, że mogłabym albo nie mogłabym, ale tak naprawdę wszystko weryfikuje życie i sytuacje, z jakimi przychodzi mi się mierzyć (ileż to ja razy na przykład twierdziłam, że nigdy w życiu nie założę konta na facebooku, bo facebook to samo zło, a dziś mam konto na facebooku i wcale nie uważam, że jest tam tak strasznie, wprost przeciwnie, dzięki facebookowi odkryłam w sieci masę fantastycznych miejsc i osób).
Gdy ktoś mnie w sieci zirytuje, nie siadam więc do klawiatury i nie trzaskam w nią w zapamiętaniu, ale... zastanawiam się dlaczego ktoś/coś mnie tak zirytowało? Być może uderzyło w jakiś mój czuły punkt? W jaki? Być może ta osoba uosabia coś czego w sobie nie lubię? Co? A może zwyczajnie jej zazdroszczę i jestem zła, że ten ktoś ma coś, czego nie mam ja? Czego? A może ten ktoś głosi poglądy, jakich ja nie mam odwagi głosić? Może ten ktoś żyje w sposób, w jaki ja zawsze chciałam żyć, ale nic w tym kierunku nie zrobiłam i teraz się złoszczę, że inni zrobili a ja nie? Może ten ktoś prezentuje jakiś talent, który ja też mam i jestem przekonana, że ja to mam nawet większy i jestem rozżalona, że nikt tego nie dostrzega, że nikt nie widzi jaka ja jestem mądra i utalentowana, a tamtego kogoś to komplementują choć na pierwszy rzut oka widać, że jest gorszy? Zadaję tak sobie pytanie po pytaniu i tym sposobem dochodzę do wniosku, że problemem nie jest osoba która mnie denerwuje, ale coś zupełnie innego, coś co ma związek ze mną samą i z moim życiem. I dochodzę do konkluzji, że nie ma sensu zajmowanie się kimś innym, trzeba zająć się sobą.


- bo wszystko w życiu wraca

Tak, nie krytykuję z czysto egoistycznych pobudek;) bo boję się, że to do mnie wróci. Wierzę, że w życiu wszystko wraca. Prędzej czy później w takiej czy innej formie, ale wraca. Kiedy innych wspierasz, sam otrzymujesz wsparcie. I niekoniecznie jest to jeden do jednego, niekoniecznie to jest tak, że gdy ja napiszę komuś miły komentarz to ktoś napisze mnie, choć często bywa i tak. Często dobra energia, którą komuś przekażę wirtualnie wraca do mnie w realu, bo: ktoś mnie przepuści w kolejce do kasy, gdy bardzo się spieszę; ktoś bezinteresownie pomoże mi w jakiejś sprawie; problem, którego nie mogłam rozwiązać nagle dzięki komuś znajdzie rozwiązanie; przyjdzie miła wiadomość, trafię trójkę w Lotto... Wierzę, że mniejsze i większe przyjemności, które spotykają mnie na co dzień to owa energia, która wraca. Dlatego nie chcę wysłać złej energii, bo co by do mnie wróciło? Strach się nawet bać co...;)

Piszę o sobie i dlaczego sama w sieci nie krytykuję, bo uważam, że trzeba koncentrować się na tym co dobre, a nie na tym co złe. Bo wierzę, że wzmacniamy w życiu to na czym się koncentrujemy. Chciałabym też, by ten tekst dotarł do osób, które również tego nie robią i by o tym głośno powiedziały (dlatego będę wdzięczna za każde udostępnienie). Wierzę, że na tle osób, które w sieci nie hejtują, te które hejtują stanowią zaledwie skromny procent. I fajnie by było pokazać te proporcje i głośno powiedzieć, że „ludzi dobrej woli jest więcej”:)
Tak więc blogerzy wszyscy wszystkich krajów łączmy się!:) Jeśli Ty też w sieci nie krytykujesz - powiedz o tym.

 JA NIE KRYTYKUJĘ W SIECI. A TY?



6 komentarzy:

  1. Witaj :) Nie jestem blogerem, a w sieci nie krytykuje bo mi się nie chce. Jak mi się nie podoba to nie czytam i idę gdzie indziej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć:), no właśnie w tym zdaniu zawiera się wszystko: „jak mi się nie podoba to nie czytam i idę gdzie indziej”. Cieszę się, że się ujawniłaś, bo jestem przekonana, że osób z takim podejściem jak Ty są całe zastępy! Tylko że o nich się nie mówi. Mówi się o hejetrach i wydaje mi się, że tym gadaniem hejt się nakręca. A tymczasem hejterów (mam wrażenie) jest garstka w porównaniu z rzeszą fajnych, pozytywnych osób. Dziękuję Ci bardzo za ten komentarz:).

      Usuń
  2. Nie wbijam szpil, ale z dobrą radą czasem wyskoczę. Moja wina, moja wina. A tak poważnie, trzeba szanować innych, nikt nie ma monopolu na "najlepszość" i jak wyżej, nie podoba mi się, to znikam. :):)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gosia, może w tekście źle wyraziłam, o co mi chodzi. Nie chodzi o to, żeby nabrać wody w usta i żeby nie wyrażać swojej opinii, w tym rad. Bo poznając cudzą opinię, często odmienną od naszej, dużo się uczymy. No i gdybyśmy wszyscy myśleli tak samo to byłoby nudno:) A co do rad to ja też radzę, ostatnio nawet Tobie w kwestii juju hat;). Ale są rady i „rady”. Chodzi o intencję z jaką radę czy opinię wypowiadamy i wydźwięk tej rady (czy jest to rada życzliwa czy złośliwa). Do napisania tego tekstu skłoniła mnie sytuacja jakich w sieci wiele, ktoś wrzucił zdjęcie zabytkowego kredensu, napisał, że chce go przemalować i zapytał jaka farba będzie najodpowiedniejsza. I posypały się rady w stylu: „ja to bym nigdy takiego kredensu nie pomalowała, bo to barbarzyństwo” itp. No dobrze, ale ktoś nie pyta czy malować czy nie malować, bo już podjął decyzję, że przemaluje, ale jaką farbą malować. Jak ktoś chce malować, ma ochotę, chęć do pracy, ma określony pomysł na ten kredens, nie idzie do sklepu kupić nowego kredensu tylko reanimuje stary to, według mnie, potrzebuje rzetelnej rady (podania konkretnej farby) i zachęty, a nie dobrych rad, z których nic nie wynika poza przekazem w stylu „jak można robić coś takiego, ja to bym nigdy nie przemalowała” i podtekstem „ja to jednak jestem lepsza i mam lepszy gust”.

      Usuń
  3. Świetny wpis!
    Zwłaszcza fragment: "Gdy ktoś mnie w sieci zirytuje, nie siadam więc do klawiatury i nie trzaskam w nią w zapamiętaniu, ale... zastanawiam się dlaczego ktoś/coś mnie tak zirytowało? Być może uderzyło w jakiś mój czuły punkt? W jaki? Być może ta osoba uosabia coś czego w sobie nie lubię? Co? A może zwyczajnie jej zazdroszczę i jestem zła, że ten ktoś ma coś, czego nie mam ja? Czego?"
    Dokładnie.

    Dlatego wypisałam się z niemal wszystkich grup mam na Facebooku - niektóre wpisy czy komentarze były takie, że... ech. Albo np. właśnie to przeświadczenie, że moja racja jest mojsza. Nie miałam do tego nerwów - więc wybrałam to, co mnie uskrzydla, co mnie rozwija - zamiast marnotrawić czas na dyskusje, które nic nie dają.

    Dobro wraca.
    Ostatnio kilka razy tego doświadczyłam.
    Jest tak, jak piszesz: to nie są proporcje 1:1, to samo za to samo (choć czasem tak). To... po prostu czynienie świata lepszym, a potem dostrzeganie innych dobrych sytuacji - może ten uśmiech po zrobieniu czegoś miłego, czegoś dla kogoś, sprawia, że ktoś inny nas lepiej potraktuje? Bo "zarażamy" pozytywnym podejściem a nie naburmuszoną miną?

    Dzięki za ten wpis.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za ten komentarz:). Cieszę się, że nie jestem, w swoim myśleniu o tej kwestii, odosobniona:). Wiesz, zastanawia mnie jak to jest. Bo na ulicy też nie znasz osób, które mijasz, ale jeśli nie podoba Ci się czyiś płaszcz albo buty to nie podchodzisz do tej osoby i nie mówisz: „ma pani koszmarny płaszcz, nie to co mój, mój jest przepiękny”. A w sieci tego typu komentarze, do obcych w gruncie rzeczy osób, są na porządku dziennym. A tymczasem w życiu działamy bardziej impulsywnie niż w sieci, w interakcjach na żywo czasami coś chlapniemy pod wpływem chwili i poszło. W sieci nie musimy reagować natychmiastowo, możemy się zastanowić, mieć czas na refleksję i odpowiedzieć sobie na pytanie: naprawdę chcę kogoś skrytykować, obrazić, osądzić, podciąć mu skrzydła. Na pewno chcę to napisać? Ale właściwie dlaczego to robić? Dlaczego tego chcę? W sieci jest na to czas, jest czas na refleksję...

      Usuń