czwartek, 12 października 2017

Pięć minut dziennie by być szczęśliwym



Spojrzałam na zegarek. Trwało to pięć minut. Pięć minut wystarczyło, by zacząć dzień inaczej. By poczuć się spokojną i szczęśliwą. By pomyśleć: „kurcze, jakie życie jest fajne!”. Pięć minut. Nie więcej.

A było to tak…


Obudziłam się. Spojrzałam w okno. Na dworze tak sobie. Szaro znaczy, ponuro i nawet jakiś deszcz co to pada jakby się nie mógł zdecydować: czy padać nadal czy jednak przestać. Powlokłam się do kuchni i włączyłam ekspres. Kawa się robiła, a ja już układałam w głowie plan na cały dzień.

Układanie planu na cały dzień polegała na gorączkowym myśleniu o tym co, jak, kiedy i w jakiej kolejności trzeba dzisiaj zrobić.

Co trzeba najpierw, co potem, co zdążę, czego nie zdążę, a może jednak zdążę (?), może jednak się uda (?), a jak się nie uda (?) i tak dalej w tym stylu …

Dopiero co wstałam z łóżka, jeszcze nic nie zdążyłam zrobić, powinnam być wypoczęta, a ja już byłam zmęczona. Rany, jaka ja byłam zmęczona. Byłam zmęczona od tego układania co, jak, po kolei koniecznie muszę dziś zrobić. Aż mnie głowa od tego wszystkiego rozbolała. I w ogóle już mi się nic nie chciało. Bo, kurcze, kiedy ja mam to wszystko zrobić?

Gdy boli mnie głowa to wychodzę zaczerpnąć świeżego powietrza. Nalałam więc kawy do kubka i powlokłam się na balkon.

Wylazłam na ten balkon w piżamie. Łyknęłam kawy, spojrzałam na ulicę, odetchnęłam głęboko i niczym Scarlett O`Hara stwierdziłam: „pomyślę o tym później”. Później czyli jak wypiję kawę. A teraz będę pić kawę i tylko pić kawę i o żadnych obowiązkach nie myśleć.

Stałam więc na tym balkonie, patrzyłam sobie na ulicę, na ludzi spieszących do pracy, na liście opadające z drzew, na psa, który prowadził swojego właściciela, na dostawę towaru do spożywczaka naprzeciw, na chmury na niebie, które ze stalowych zrobiły się białe. Po prostu tak stałam i patrzyłam. Po prostu oddychałam, spokojnie, miarowo, bez tego nerwa w środku i obserwowałam. Piłam kawę z kardamonem i czułam jaka dobra ta kawa. Rany, czemu ja dotąd nie zauważałam jaka ta kawa dobra?

Świat był taki jaki był, był taki jak przed chwilą, nic się specjalnego nie zmieniło, ale jednak się zmieniło. Pięć minut na kawę. W ciszy. Z samą sobą. Bez natłoku myśli, bez układania planów co po kolei trzeba. Pięć minut – tyle mi to zajęło. I wiecie co – dzięki tym pięciu minutom naprawdę lepszy jest dzień. Spróbujcie. Polecam. To tylko pięć minut.

P.S. 1 Nie musicie koniecznie wychodzić na balkon w piżamie w tę dżdżystą, jesienną porę, możecie kawę wypić we własnej cieplutkiej kuchni;)

P.S. 2 A jak już wypiłam kawę i umyłam kubek, to zabrałam się do wypełniania codziennych obowiązków, bo cóż miałam robić. Samo się nie zrobi;)


5 komentarzy:

  1. Ja mam doła typu, jestem stara, brzydka i nikt mnie nie czyta:(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gosiu, teraz będzie rada (to tak à propos mojego ostatniego posta gdzie deklaruję, jak to ja rad nie udzielam, a tu wychodzi, że jednak udzielam ups;)). Zaparz kawę, herbatę, zioła, wodę z cytryną i imbirem czy co tam pijesz i przez pięć minut nie myśl o niczym. Wyłącz umysł. Patrz w ścianę przed sobą, na sufit, na ulicę, na stół, na płomień świecy i tylko patrz. Po prostu, patrz, obserwuj i oddychaj. Pięć minut. Zobaczysz, wyciszysz umysł i poczujesz się lepiej. Naprawdę warto dać sobie pięć minut. Koniec rady;). I oczywiście zrób jak chcesz, sama wiesz co dla Ciebie najlepsze:)
      Dobrze, teraz sobie wyobraź, że wszystko co powyżej było wygłoszone łagodnym, miłym tonem.

      A teraz będę krzyczeć! Wyobraź sobie, że krzyczę!
      Gocha, co Ty odwalasz?! Jak jesteś stara, brzydka i nikt Cię nie czyta?! Ja Cię czytam i masa osób Cię czyta. Wystarczy spojrzeć na ilość komentarzy pod Twoimi tekstami. Myślisz, że w tych zabieganych czasach ludzie przychodzą na Twojego bloga i wpisują komentarze z czystej kurtuazji? Myślisz, że ktoś traciłby czas na bloga, który mu się nie podoba? Masz świetnego bloga, bardzo wartościowego i Twojego własnego - są Twoje zdjęcia, Twoje pomysły, Twoje teksty. TWOJE - NIE skopiowane, NIE odtwórcze, NIE zerżnięte od kogoś. Twoje własne i to jest ogromna wartość, szczególnie w tych czasach, w których rządzi plagiat.

      Czytam Twojego bloga i lubię go czytać i będę go czytać, a nie czytam wiele blogów, bo cenię swój czas. I jeśli swój czas poświęcam na czytanie czyjegoś bloga, to znaczy, że ten blog mi się podoba i nie, że TYLKO mi się podoba, ale że BARDZO mi się podoba, że coś mi daje, coś we mnie porusza. Byle czego nie czytam! I jeszcze à propos czytania – to chciałam Ci, moja droga, przypomnieć, że wciąż czekam na Twój tekst o podcinaniu skrzydeł, i mam nadzieję go przeczytać najpóźniej do końca weekendu. Także siadaj na tyłku i pisz, a nie mi tu głupoty opowiadać będzisz: „że stara, brzydka i nikt jej nie czyta”. Normalnie mi ciśnienie podniosłaś, idę sobie melisy zaparzyć.

      No dobra, teraz będzie chwila prawdy – sama miałam wczoraj dokładnie taką samą fazę;).

      Usuń
    2. Taki kop..., biorę się do roboty. Dzięki:)

      Usuń
  2. Zgadzam się z Tobą;) A Scarlett uwielbiam! Za podejście (w niektórych kwestiach oczywiście) za podejście do życia. Ostatnio nawet kupiłam sobie winyl z utworami z "Przeminęło z wiatrem". Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Winyl z utworami z "Przeminęło z wiatrem" - brzmi super! I już sobie wyobrażam ten klimat, ten trzeszczący gramofon, ten specyficzny dźwięk, który potrafi wydobyć z siebie tylko płyta winylowa... Ach, rozmarzyłam się, tym bardziej, że sama mam pokaźną kolekcję winyli tylko adapteru wciąż brak:( Szczęściara z Ciebie, że masz taki sprzęt i możesz sobie słuchać różnych fajnych płyt:)

    OdpowiedzUsuń