piątek, 1 grudnia 2017

Wszystko w życiu wraca czyli kochajmy się (nie tylko na święta)

Zdarzają mi się w życiu dziwnie historie. A może wcale nie są dziwnie, może są życiowe, bo w życiu wszystko wraca, prędzej czy później wraca. To co wysyłasz w świat to świat odsyła tobie, dobro i zło, radość i smutek, życzliwość i obojętność, obfitość i brak… Nie wierzycie? To posłuchajcie…

Miałam wtedy nieco ponad trzy lata. Zwykle do przedszkola zaprowadzała mnie mama, ale tego dnia mój maleńki wówczas brat mocno się rozchorował i mama musiała zostać z nim w domu. O odprowadzenie mnie do przedszkola poprosiła znajomych, którzy mieszkali kilka bloków dalej. Znajomi rodziców zgodzili się chętnie, zwłaszcza że dokładnie tą ulicą, przy której stało przedszkole jechali rano do pracy. Wszystko zostało więc ustalone. Znajomi zabrali mnie z domu, zapakowali do swojego samochodu i pojechaliśmy. Zatrzymali się przed budynkiem przedszkola, ale ponieważ było już późno, a oni spieszyli się do pracy, nie wchodzili już ze mną do środka, wysadzili mnie tylko z samochodu, postawili na chodniczku prowadzącym do przedszkola i nakazali bym poszła do tamtych drzwi, bo tam jest wejście do mojego przedszkola. Drzwi pokazali mi dlatego, że w tym samym budynku mieściły się dwa przedszkola. Ja jednak byłam święcie przekonana, że wejście do mojego przedszkola jest po drugiej stronie budynku, nie tu gdzie pokazują mi ciocia i wujek. Pamiętam, że próbowałam prowadzić z nimi na ten temat polemikę, „że nie, że moje przedszkole nie jest tu tylko tam”, ale ciocia i wujek byli już niemal spóźnieni do pracy więc dyskusję zakończyli krótkim „nie Justynko, twoje przedszkole jest tam, idź tam, dobrze?” , po czym wsiedli, a właściwie to wskoczyli do samochodu i odjechali. A ja zostałam na chodniczku, którym dzielnie pomaszerowałam do tego drugiego przedszkola. W drugim przedszkolu okazało się, że to nie jest moje przedszkole, na co oczywiście nie chciałam się zgodzić. Stałam na środku szatni i wykłócałam się z paniami przedszkolankami, że na pewno nie pomyliłam wejść, bo ja dobrze pamiętam, do którego przedszkola chodzę i to jest właśnie moje przedszkole, tylko że w środku wygląda inaczej więc na pewno było tu przemeblowanie. Panie przedszkolanki tłumaczyły mi cierpliwie, że żadnego przemeblowania nie było, ale ja wiedziałam swoje – oszukują mnie bo w nocy na pewno poprzestawiały wszystkie meble, wszak układ pomieszczeń był taki jak w moim przedszkolu tylko meble stały w innych miejscach, więc co mi tu próbują wmówić, że to nie jest moje przedszkole jak jest. Pamiętam do dziś to uczucie, które mi wtedy towarzyszyło, to uczucie, że dorośli nie biorą mnie poważnie, bo jestem tylko dzieckiem, a skoro jestem dzieckiem to myślą, że mogą mnie okłamywać w kwestii przemeblowania w przedszkolu. A że byłam dzieckiem dumnym i honorowym to obróciłam się na pięcie i wybiegłam z przedszkola. Stanęłam na chodniczku i się rozpłakałam. Bo mojego przedszkola nie było, zrobili w nim przemeblowanie, zmienili panie i nic nie jest już takie jak dawniej i co ja mam teraz zrobić. Nie przyszło mi oczywiście do głowy, żeby iść do tego drugiego przedszkola. Przyszło mi za to do głowy, żeby wrócić do domu. Drogę, byłam pewna, że znałam, ale był jeden problem, wiedziałam, że po ulicach nie wolno chodzić mi samej. Rodzice wielokrotnie mi o tym mówili, że po ulicy nigdy sama, zawsze w towarzystwie kogoś dorosłego. A że byłam posłusznym dzieckiem, to postanowiłam znaleźć kogoś dorosłego, kto mnie odprowadzi do domu. Tu przed przedszkolem była sygnalizacja świetlna. Akurat było czerwone światło dla samochodów. Podeszłam więc do pierwszego z brzegu auta i zapukałam w szybę. W samochodzie siedzieli mężczyzna i kobieta, ich twarze wzbudziły moje dziecięce zaufanie więc wytłumaczyłam im co i jak z przedszkolem i zapytałam czy mogliby mnie zawieźć do domu. Zaznaczyłam przy tym, że znam drogę tylko nie wolno mi chodzić samej. Do teraz pamiętam miny tych ludzi i ich pospieszne tłumaczenie, że bardzo im przykro ale nie mają czasu po czym pospieszne zamykanie szyby i odjeżdżanie ze skrzyżowania niemal z piskiem opon. Poczekałam na kolejne czerwone światło po czym powtórzyłam całą operację. Tym razem zaczepiłam odzianą w skóry parę na motorze. Ich reakcja – bliźniaczo podobna do państwa w samochodzie. Zaczepiłam jeszcze kilkoro przechodniów, ale nikt nie chciał mi pomóc. Usta wykrzywiły mi się w podkówkę i zaczęłam płakać na środku ulicy. Wiedziałam gdzie mieszkam, chciałam wrócić do domu, ale przecież nie mogłam iść sama, musiałam iść z kimś dorosłym. W pewnym momencie, w akcie rozpaczy i desperacji podbiegłam do jakiegoś obcego mężczyzny, który szedł chodnikiem i zapytałam czy odprowadzi mnie do domu. Wyjaśniłam mu jak to było z przedszkolem, i że wiem, gdzie mieszkam, tylko sama chodzić nie mogę, a ja tak bardzo chcę do domu. Mężczyzna odparł, że bardzo chętnie mnie zaprowadzi, złapał mnie za rękę i poszliśmy. Pamiętam wyraz bezbrzeżnej ulgi jakiego wtedy doświadczyłam, a równocześnie uczucie, że ludzie, poza tym jednym panem, wcale nie są tak dobzi jak wcześniej myślałam. Do tego wydarzenia żyłam w przekonaniu, że wszyscy ludzie są dobzi i sobie pomagają, a nagle okazało się, że ludzie do pomocy wcale nie są skorzy, że mnie nikt nie chciał pomóc, a przecież chodziło tylko o odprowadzenie do domu trzyletniego dziecka. Pomógł mi tylko ten pan. Pan zaprowadził mnie pod same drzwi.
Moja mama do dziś wspomina, że myślała, że dostanie zawału gdy otworzyła drzwi, a na klatce schodowej stał jakiś obcy mężczyzna, który trzymał mnie za rękę i powitał moją mamę pytaniem:
- Dzień dobry, czy to jest pani dziecko?

Trzydzieści trzy lata później był ciemny, grudniowy wieczór. Szłam właśnie na zajęcia z języka angielskiego, gdy wzrok mój przykuła idąca naprzeciw mnie dziewczynka. Dziewczynka zanosiła się głośnym szlochem, miała rozpięty płaszczyk i krzywo zawiązany szalik, to szła, to biegła i płakała, jak ona rozpaczliwie płakała... Ludzie mijali ją obojętnie choć nie bez zainteresowania. Patrzyli na nią oczywiście z zaciekawieniem, ale… tylko patrzyli. A ja na widok tej dziewczynki nagle jakoś impulsywnie i instynktownie przypomniałam sobie sytuację, gdy pomyliłam przedszkola. Zatrzymałam małą i zapytałam czy coś się stało, czy się przypadkiem nie zgubiła. Paulinka, bo tak miała na imię, pokiwała tylko głową. Okazało się, że skończyła zajęcia w przedszkolu i z przedszkola miał ją odebrać brat, ale brata pod przedszkolem nie było więc postanowiła sama wrócić do domu, bo wie gdzie mieszka, ale zrobiło się ciemno i ona teraz się boi tędy wracać. Nie dziwiłam się jej strachowi. Dla małej dziewczynki wąski, słabo oświetlony chodniczek, z jednej strony odgrodzony od budynków wysokim żywopłotem, z drugiej sąsiadujący z ciemną drogą i jeszcze ciemniejszym parkiem, faktycznie mógł wydawać się dość przerażający. Zapytałam więc Paulinkę czy zgodzi się, żebym odprowadziła ją do domu. Mała pokiwała głową i ufnie złapała mnie za rękę. Poszłyśmy. Odprowadziłam ją pod same drzwi. Drzwi otworzyła jej mama i była bardzo, ale to bardzo zaskoczona, gdy powiedziałam:
- Dobry wieczór, czy to jest pani dziecko?

Historia zatoczyła koło. Po trzydziestu trzech latach mogłam pomóc komuś kto był w identycznej sytuacji jak ja kiedyś. Gdy po tym wydarzeniu wróciłam do domu, nie mogłam się otrząsnąć, nie mogłam uwierzyć, że coś takiego mi się przytrafiło. To było tak dziwne, tak niewiarygodne, nieprawdopodobne i symboliczne zarazem. Od tamtej pory uważniej przyglądam się temu co mnie spotyka na co dzień i temu jak sama na co dzień się zachowuję, bo wiem że w życiu naprawdę wszystko wraca…

Idą święta i jak zwykle w tym czasie głośno jest o różnych charytatywnych akcjach i wydarzeniach. I tak, w tym czasie otwierają się nam serca i portfele, robimy się bardziej ludzcy, bardziej wrażliwi na ludzką krzywdę i potrzeby, i to się chwali, ale z drugiej strony…  Z drugiej strony widzę też inne rzeczy. Widzę wszechobecny pośpiech i nerwowość. Przepychanie się w sklepach, na ulicach i tramwajach, trąbienie zagniewanych kierowców, kłótnie w kolejkach do kas, najeżdżanie na siebie koszykami, bo może dzięki temu będzie szybciej, tratowanie się w wejściach do komunikacji miejskiej, byle szybciej być w środku i zająć sobie miejsce. Potrącanie się i uderzanie bez przepraszającego uśmiechu i bez słowa przepraszam itp. Widzę jedną, wielką społeczną znieczulicę, która z duchem świąt niewiele ma wspólnego...

Wczoraj byłam w cukierni i stałam w kolejce do kasy po pączki. Kolejka była długaśna. Ludzie prychali, chuchali sobie na szyje, skrobali na piętach marchewki, zupełnie jaby ścisk i nerwowość miał przyspieszyć kolejkę. W pewnym momencie do cukierni weszła kobieta w zaawansowanej ciąży i z małym dzieckiem za rękę. Kobieta ustawiła się za mną. Dziecko od wejścia, jak to dziecko, zaczęło marudzić. Odwróciłam się do niej i głośno, na całą cukiernię tak żeby na pewno wszyscy, łącznie z obsługą, mnie usłyszeli powiedziałam:
- Ale dlaczego pani tu stoi, przecież pani jest w ciąży, pani ma pierwszeństwo, pani ma prawo kupić bez kolejki.
W tym momencie wszyscy w kolejce odwrócili w naszą stronę głowy i… ciaśniej się stłoczyli. Nikt, absolutnie nikt, a w kolejce stało dobre kilkanaście osób, nie ustąpił tej kobiecie miejsca.
- Ta pani ma prawo bez kolejki – powiedziałam donośnie, patrząc na sprzedawczynię.
Kolejka nieprzyjaźnie zawrzała. Sprzedawczyni bez słowa spuściła głowę i zaczęła nabijać coś na kasę.
- Proszę pani – ciężarna kobieta uśmiechnęła się gorzko - ja nie mam żadnych praw, żadnych, nie w tym kraju, proszę pani.
- To niech pani chociaż wejdzie przede mnie – powiedziałam pokonana.

Wszystko w życiu wraca. Drobne gesty także. Ustąpienie komuś miejsca, przepuszczenie w kolejce, przytrzymanie drzwi, wpuszczenie kierowcy, który nie może wyjechać z podporządkowanej, zainteresowanie się dlaczego kilkuletnie dziecko stoi samo na ulicy i płacze… I ja wiem, że człowiek jest tylko człowiekiem, że miewa gorsze dni, że nie zawsze zdarza mu się być miłym i uprzejmym dla wszystkich i mnie też to się zdarza. Zdarzyło się nawet dzisiaj. 

Dzisiaj naprawdę bardzo się spieszyłam, szłam, a właściwie to biegłam chodnikiem i nagle zaczepiła mnie jakaś kobieta po rosyjsku
- A skażytje wy mjenia…
Pokiwałam tylko przecząco głową, bo nawet nie miałam czasu, by powiedzieć, że nie mam czasu, potem dopiero gdy byłam już gdzie miałam być, zreflektowałam się, że może ona chciała zapytać mnie o coś ważnego, może szukała jakiejś ulicy, lekarza, dworca, apteki, a ja jej nie pomogłam… Głupio mi było z tego powodu, bo w sumie co by się stało gdybym się spóźniła. Nic takiego. Dlaczego więc się nie zatrzymałam?

Wróciłam do domu i pomyślałam, że napiszę ten tekst. Dla siebie i dla Was, byśmy pamiętali, że pomaganie to nie tylko wielkie gesty od święta. To także całkiem drobne gesty, za to każdego dnia. Bo wszystko w życiu wraca. Wszystko w życiu wraca, kochani.

2 komentarze:

  1. Ludzie to dziwni są, odmówić pomocy proszącemu dziecku? A podobno w Polsce sami katolicy? Kiedyś z nieufności i strachu omijałam ludzi jak się dało, w końcu dojrzałam, dorosłam i już mniej się boję. Staram się robić krok do przodu, na zachętę powtarzam sobie, że otwarte serce i dobre zamiary zawsze się obronią. Fajna historia, super że się nią podzieliłaś. Niedawno jakiś wariat darł się na ulicy i prosiło pomoc, ale ludzie się bali, nawet mąż zwiał do apteki. Chciał, żeby kupić coś do chleba.Podeszłam uśmiechnęłam się i dałam mu dychę, żeby sobie kupił, rozpromieniła się i uspokoił. Cieszę się, że się przełamałam:)
    ps. nie zapomnij dodać cukru do drożdżowego:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, ja myślę, że jeden krok do przodu to jest bardzo dużo, bo krok za krokiem i człowiek sam nie wie kiedy pokonał duży dystans. Uważam też, że wcale nie musimy porywać się na wielkie rzeczy, że drobne gesty każdego dnia też znaczą bardzo dużo, a czasami więcej niż duży jednorazowy gest raz do roku. A za to że wsparłaś tego pana, którego wszyscy omijali szerokim łukiem, to naprawdę należy Ci się szacunek:).
      P.S. O cukrze nie zapomniałam, wyszło pysznie, dzięki za inspirację:)

      Usuń