wtorek, 23 stycznia 2018

Jak to robię, że nie choruję czyli moje 5 sposobów na zdrowie zimą (i przez cały rok)



Nie pamiętam kiedy ostatnio byłam przeziębiona. Z aptecznych zakupów w moim domu są dwa:
woda utleniona i plaster z opatrunkiem. I tyle. Nie mam w domu żadnych leków, suplementów diety ani nawet środków przeciwbólowych. Nie stosuję ich, bo ich nie potrzebuję. Jak to się dzieje, że gdy większość osób ląduje w łóżku z objawami przeziębienia,  mnie choróbsko nie rusza? Cóż, mam na to swoje sposoby. Proste, ale skuteczne. Oto one:


1. Piję sok z kapusty kiszonej
Tak,  i to jest według mnie najlepszy naturalny antybiotyk i probiotyk w jednym, ever! Pół szklanki  soku z kiszonej kapusty dziennie to jest mój sposób na odporność. Od kiedy piję sok z kapusty (tj. od pięciu lat) żadna zima mi nie groźna. Sok z kiszonej kapusty zawiera bowiem potężną dawkę witaminy C (nie wierzcie w te bajki, że witaminy C jest najwięcej w cytrynach), a także witaminy K, U, B1, B2, B3, B6, B12. Jest bogatym źródłem jodu, wapnia, magnezu, żelaza, siarki. Działa przeciwzapalnie i antynowotworowo, obniża ciśnienie krwi, reguluje pracę przewodu pokarmowego, hamuje rozwój chorobotwórczych bakterii i pierwotniaków. Dzięki całej masie   przyjaznych laktobakterii pomaga też kobietom, które mają skłonność do infekcji intymnych i w wielu przypadkach działa lepiej niż drogie, apteczne probiotyki.
Dla mnie sok z kapusty to coś bez czego nie wyobrażam już sobie życia (zabieram go nawet na wakacje i trzymam w pokoju hotelowym w minibarze, serio:)). Jeśli zechcecie wypróbować cudowne właściwości soku z kiszonej kapusty, a wcześniej z kiszonkami mieliście do czynienia okazjonalnie, to nie zaczynajcie od wypicia połowy szklanki tylko od mniejszej porcji. I pamiętajcie, że na początku sok może zadziałać przeczyszczająco więc może lepiej nie pijcie go przed ważnym wyjściem, ok ?

2.  Żyję przy otwartym oknie
Tak, dobrze przeczytaliście – u mnie w domu przez cały rok jest otwarte okno. Nawet w zimie. I w nocy także. Przez całą noc, nawet gdy temperatura na zewnątrz oscyluje w granicach -10.
Oknem, które jest przez cały dzień otwarte jest okno w kuchni. Kuchnię mam tak umiejscowioną, że świeże powietrze rozchodzi się z niej po całym mieszkaniu. Okno przez cały dzień otwarte jest uchylnie (to w miesiącach jesienno-zimowych,  wiosną i latem się nie ograniczam – otwieram na oścież). Kiedy na dworze jest bardzo, bardzo zimno wtedy okno jedynie rozszczelniamy (uchylamy na trzy czwarte), ale zdarza się to niezwykle rzadko i przy naprawdę ostrych mrozach. Dzięki temu w  naszym mieszkaniu nie zalega nieświeże powietrze i nie tworzą się warunki do rozwoju pleśni, grzybów i bakterii. Dzięki temu też jesteśmy zahartowani. Niższa temperatura w mieszkaniu  (u mnie jest to zwykle 19 stopni) jest bowiem o wiele korzystniejsza dla zdrowia niż wysoka i rozkręcone na maksa grzejniki. Poza tym niższa temperatura wspaniale konserwuje;) to znaczy sprawia, że organizm wolniej się starzeje, także ten, zamiast iść na botoks, śpijcie przy otwartym oknie;) Jeśli mi nie wierzycie, poszukajcie informacji o generałowej Aleksandrze Zajączkowej, która do późnej starości zachowała młodość i witalność dzięki właśnie przebywaniu w niskich temperaturach (spała w nieogrzewanej sypialni, kąpała się w lodowatej wodzie, twarz okładała kostkami lodu itp., w efekcie wyglądała tak młodo, że gdy miała sześćdziesiątkę dawali jej trzydziestkę i rozkochiwała w sobie różnych panów kilkadziesiąt lat od niej młodszych).  

3. Regularnie wietrzę i piorę pościele
Pościele do przewietrzenia wywieszam na balkon przez okrągły rok. Kołdrę i poduszki (a nie tylko poszewki) regularnie też piorę. Zimą szczególnie cieszę się na mrozy, bo wtedy na balkon wystawiam nie tylko kołdrę i poduszki, ale też materac na którym śpimy. Bezlitośnie tym samym skazuję na śmierć przez wymrożenie wszelkie roztocza i inne, niewidoczne gołym okiem, żyjątka, które chciałyby zamieszkać w naszej pościeli i materacu. 

3. Chodzę
Chodzę przez cały rok. Wszędzie gdzie tylko mogę. Tramwaj, autobus, samochód? Nie ma mowy! Tylko pieszo. Wychodzę z założenia, że jeździć będę wtedy, gdy nie będę mogła już chodzić, a dopóki mogę to chodzę. Idę pięć kilometrów na basen w jedną i pięć kilometrów w drugą stronę, idę na jogę – 3,5 kilometra w jedną, 3,5 kilometra w drugą, każdy możliwy dystans, w każdej możliwej sprawie pokonuję pieszo. Chodzę bez względu na pogodę (w śniegu, mrozie, deszczu, upale…), po prostu chodzę. Jeśli mam wybór: użyć schodów ruchomych czy tradycyjnych – używam tradycyjnych (przeczytałam gdzieś, że 1 schodek to jedna sekunda życia więcej), wejść po schodach czy wjechać windą – wchodzę. Chodzę, chodzę i jeszcze raz chodzę. Chodzę codziennie. Codziennie jestem na świeżym powietrzu. Spacer i porządne dotlenienie się każdego dnia to u mnie podstawa:). Serio!

4. Ćwiczę
Miałam przygody z wieloma formami aktywności ruchowej. Sport lubię i nie wyobrażam sobie bez niego życia. Oczywiście nie zawsze tak było, w zamierzchłej podstawówce i liceum, a nawet jeszcze na studiach, ćwiczenia to była dla mnie katorga. A potem zrozumiałam, że po prostu trzeba znaleźć taki rodzaj ćwiczeń, który koresponduje z nami, z naszym temperamentem i możliwościami. Nie każdy sport jest dla każdego. Warto jednak uprawiać sport bo on bardzo buduje naszą siłę (także tę psychiczną) i odporność. Przez lata wypróbowałam wiele form aktywności i o każdej mogłabym powiedzieć wiele dobrego, jeśli jednak chodzi o aspekt czysto zdrowotny, w moim przypadku największe korzyści przyniosła joga. Joga doskonale zbudowała mi odporność. Jogę polecam wszystkim, zawsze i wszędzie. O jodze mogłabym napisać cały elaborat, ale nie mam tu tyle miejsca:) Jeśli temat Was interesuje, dajcie znać, wtedy coś dla Was skrobnę:)

5. Rozgrzewam się od środka
Najłatwiej załapać choróbsko gdy człowiek jest wewnętrznie wychłodzony. Dlatego w okresie jesienno-zimowym rozgrzewam się od środka. Rezygnuję z zimnych, wychładzających potraw – ograniczam jogurty, sałatki, rezygnuję z niektórych owoców. Za to jadam dużo kasz, pieczonych warzyw, pożywnych zup. Do potraw dodaję rozgrzewające przyprawy (kurkumę, imbir, cynamon, kardanom, curry, garam masalę), jadam ciepłe śniadania (owsiankę  lub jaglankę) i ciepłe kolacje (w tym czasie rezygnuję z tradycyjnych kanapek). Przez cały dzień popijam też napar ze świeżego imbiru, bo imbir działa przeciwzapalnie i antywirusowo. 
  
I tyle. Nic więcej nie robię i nie choruję. Za to, to co robię, robię regularnie. Wszystko to po prostu weszło mi w nawyk, stanowi część mojego życia. Wiem, że taki styl życia nie jest dla każdego i nie każdy się z nim polubi. Ale tak to już jest, nie wszystko jest dla wszystkich. Każdy musi znaleźć swój własny sposób na zdrowie – czego Wam życzę:) Trzymajcie się ciepło i zdrowo tej zimy. A jeśli macie jakieś swoje patenty na nie chorowanie, podzielcie się nimi w komentarzu:)

P.S.1 Mam nadzieję, że tym postem nie  strzeliłam sobie w stopę. Mam nadzieję, że kiedy tu, wszem i wobec, oznajmiłam, że zimą nie choruję (wiosną, latem i jesienią także nie), że nie pamiętam już co to kaszel, katar, gorączka i przeziębienie, to nagle nie wyląduję w łóżku z temperaturą, ha, ha… To znaczy, nie ha, ha, tylko tfu, tfu (i jeszcze odpukam w niemalowane drewno dla pewności;))

P.S.2 Wszystkie zawarte w tym wpisie porady nie stanowią porady lekarskiej. Dzielę się sposobami na zdrowie, które działają w moim przypadku.  To jednak, że coś działa u mnie nie znaczy, że zadziała u Ciebie. Każdy przypadek jest indywidualny. Jeśli jesteś chory udaj się do lekarza i u niego zasięgnij porady, nie eksperymentuj na własną rękę. Ja ze swej strony życzę Ci zdrowia:)

         

4 komentarze:

  1. Hehe;) To widzisz dużo się u nas pokrywa;) Powiem nawet,że jestem zimnolubna;) I że wycieczki do ciepłych krajów jakoś mnie nie zachęcają swoją ofertą...i także mało choruje;) Ale pst...nie będę zapeszać. Również bawi mnie to,że ludzie boją się chodzić i wszędzie muszą podjechać jak najbliżej na parkingu...jakby powietrze miało zabijać lub zrobienie parę kroków;)))Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to podajmy sobie dłoń:) Choć w kwestii klimatu trochę się jednak różnimy, ja uwielbiam gorące kraje i wakacje u mnie muszą być nad ciepłym morzem, inaczej jestem głęboko nieszczęśliwa;). Co do chodzenia to masz rację. Żyjemy w czasach gdy nie jest popularne. Zawsze wszyscy ze zdziwieniem pytają mnie: ale po co ty idziesz na ten basen pięć kilosów, nie możesz podjechać tramwajem, byłoby szybciej? Fakt, tramwaj tę trasę pokonuje w 15 minut, ja idę 40, mogłabym wsiąść w tramwaj, ale licząc dojście na jeden przystanek i z przystanku tramwajowego do basenu, na przejażdżce tramwajem zaoszczędziłabym 10 minut. I na cóż wielkiego miałabym wykorzystać owe 10 minut, gapienie się w komórkę? Wolę się przejść, wtedy wiem, że robię coś dobrego dla siebie i swojego zdrowia. Nie chcę skończyć jako schorowana, marudna staruszka, która nie może ruszyć ani ręką ani nogą. A o sprawną starość trzeba zacząć dbać z wyprzedzeniem. I nie ma, że dziś nie mogę iść na spacer bo wieje, jutro nie bo pada, pojutrze nie bo mróz, za miesiąc nie bo za duży upał, od poniedziałku nie bo to poniedziałek a w poniedziałek to się nic nie chce itp. Takie wymówki to oszukiwanie samego siebie, jak chce się być zdrowym to trzeba podnieść tyłek z kanapy codziennie. I mimo pogody pójść na ten spacer... Uściski ślę i pakuję torbę, bo zaraz lecę na jogę, pieszo oczywiście:)

      Usuń
  2. Stare, dobre sposoby, ale skąd sok z kiszonej kapusty bierzesz? Sama ją pewnie kisisz. Ja w sumie też się nie choruję. Antybiotyk brałam chyba ponad dziesięć lat temu, syn podobnie. Czasem niewielki katar i tyle. W tramwaju to najszybciej można się zarazić od kichających i kaszlących ludzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, nie kiszę, kupuję. Kiszę ogórki, kapusty nigdy mi się nie zdarzyło, zawsze mi się wydawało, że to strasznie dużo roboty jest, choć może się mylę... Ja najczęściej kupuję w sieci sklepów "Piotr i Paweł", widziałam też sok w supermarketach (w Auchan chyba wpadł mi w oko, ale nie próbowałam), zdarzało mi się też kupować w sklepach z żywnością ekologiczną, ale ten z "Piotra i Pawła" bardziej mi smakuje, no i jak masz zaprzyjaźnionego sprzedawcę na ryneczku to zawsze można się ładnie uśmiechnąć i poprosić o odlanie z beczki.

      Usuń