wtorek, 27 lutego 2018

Apel do rodziców – pozwólcie dziecku zrobić to po swojemu!


Oglądam zdjęcia dziecięcych pokojów na Instagramie i Pintereście. Są piękne! Wszystko tam idealnie dobrane kolorystycznie, stylowo i w ogóle. Patrzy się na nie z przyjemnością. Powtórzę to raz jeszcze - są piękne. Jest tylko jedno małe „ale” - to nie są pokoje dzieci. To są pokoje ich rodziców.

To za co jestem wdzięczna moim rodzicom to fakt, że nie narzucali mi swojego gustu w kwestii urządzania mojego pokoju. A gust mieliśmy totalnie odmienny… Gdy byłam dzieckiem kochałam się w różu, kiczu, plastiku, błyskotkach i falbankach...

Szczytem dobrego smaku była dla mnie sypialnia rodziców mojej przyjaciółki Moniki, gdzie od czasu do czasu mnie i Monice pozwalano się bawić. W sypialni stało wielkie, małżeńskie łóżko zasłane błękitną, połyskliwą kapą z mnóstwem falbanek. U wezgłowia łóżka, wsparte o falbaniaste poduchy siedziały lalki o porcelanowych twarzach, w falbaniastych sukienkach i lokowanych włosach (zabawki z dzieciństwa mamy Moniki, które wolno nam było podziwiać, ale nie wolno nam było się nimi bawić). W oknach wisiały suto marszczone firanki i falbaniaste zasłonki, uszyte z tego samego błękitnego, połyskliwego materiału co narzuta na łóżko. Na ścianach wisiały obrazki wykonane techniką haftu krzyżykowego, przedstawiające pasterki z koszykiem, bukiecikiem, bucikiem i motylkiem itp. W mojej opinii był to najpiękniejszy pokój na świecie. Niestety, moi rodzice nie podzielali mojego gustu i za nic nie dali się namówić na urządzenie na podobną modłę swojej własnej sypialni, do czego usilnie ich jako dziecko przekonywałam.

Oni nie chcieli, za to ja mogłam mieć pokój jaki chciałam. Moi rodzice nie ingerowali w wygląd naszych (moich i brata) dziecięcych pokoi – nie narzucali swojego stylu i gustu, pozwalali nam własną przestrzeń urządzić po swojemu, zgodnie z tym co nam, a nie im się podobało.
  
Nasze dziecięce, a później młodzieżowe pokoje były więc odzwierciedleniem naszych upodobań, naszego spojrzenia na świat, naszej fascynacji określonymi gadżetami czy postaciami popkultury.
Kiedyś szczytem gadżeciarstwa i szpanu była ustawiona na półce piramida z puszek po napojach typu Sprite, Fanta i Coca-Cola, bo to oznaczało, że się te napoje wcześniej wypiło, znało się więc ich zapach i smak, a nie wyłącznie smak dostępnej wówczas w sklepach oranżady w woreczkach. Jeśli więc chcieliśmy mieć piramidę z puszek (puszki zbierało się mozolnie miesiącami i zdobywało metodą handlu wymiennego z rówieśnikami) to mieliśmy piramidę z puszek i rodzice nie odwodzili nas od tego pomysłu, twierdząc że taka piramida to tylko góra śmieci nic więcej.  Gdy chcieliśmy powiesić plakat na ścianie – wolno nam było to zrobić, nikt nas nie przekonywał, że plakat źle będzie komponował się ze wzorzystą tapetą. Gdy ja miałam „fazę” (tak się wtedy mówiło) na Pierroty to obstawiłam drobiazgami z wizerunkiem Pierrota cały swój pokój. Plakat z Pierrotem, ozdobna poduszka na łóżku z Pierrotem, na półkach figurki z Pierrotem i wszelkie możliwe bibeloty z Pierrotem, na biurku kubeczek z Pierrotem, a w nim ołówki i długopisy oczywiście z wizerunkiem Pierrota, do tego piórnik z Pierrotem, notesik z Pierrotem itp.  wszystko to w dziewczyńskich odcieniach różu, bieli i fioletu. Na każde urodziny, imieniny i święta życzyłam sobie w prezencie „coś z Pierrotem”. W efekcie mój pokój wyglądał jak muzeum Pierrota – mogłabym pobierać opłatę za wstęp, serio. Nigdy jednak nie usłyszałam od swoich rodziców, że za dużo tego Pierrota, a w ogóle to Pierrot może niekoniecznie, bo zamiast Pierrota lepsze by były reprodukcje Mondriana na ścianach. Chciałam Pierrota, podobał mi się, to go miałam. Podobnie mój brat, który miał „fazę” na czaszki i w całym jego pokoju roiło się od czaszek. Kubek w kształcie czaszki, plakaty na ścianie z czaszkami, na półkach kolekcja czaszek z drewna, plastiku, metalu, plus najważniejszy eksponat -  czaszka, na której dziadek uczył się do egzaminów na medycynie, a którą przekazał bratu w nadziei, że młody złapie bakcyla i pójdzie w ślady seniora rodu… Czaszkowy pokój mojego brata był co najmniej niepokojący, ale skoro tak właśnie mu się podobało – to tak miał i mógł mieć.        

Rodzice zostawiali nam w tym względzie całkowitą wolność i dowolność. Każde z nas urządzało swój pokój po swojemu – zgodnie ze swoim wiekiem, zainteresowaniami, stanem ducha, obowiązującą modą itp. Wszystko oczywiście w pewnych granicach, to znaczy nie mogliśmy zażyczyć sobie nowych mebli bo to nie były czasy gdy szło się do sklepu i kupowało młodzieżowy komplet, miało się meblościankę po rodzicach i tyle… Ale już ową meblościankę mogliśmy ustawić w pokoju jak chcieliśmy, mogliśmy pomalować ją na wybrany przez siebie kolor, albo okleić okleiną meblową albo wytapetować plakatami, mogliśmy wymontować drzwiczki z szafy albo szyby albo barek, mogliśmy zmodyfikować ją według własnego upodobania. Rodzice w to nie ingerowali, szanowali naszą odrębność, nasz gust i nasz styl nawet jeśli był w totalnej kontrze z tym, co sami preferowali.

Warto w tym miejscu dodać, że wszelkich metamorfoz dokonywaliśmy we własnym zakresie, początkowo pomagali nam w tym rodzice, ale dość szybko usamodzielniliśmy się w tym względzie.  Chcieliśmy nowy kolor mebli – w porządku, ale sami musieliśmy je sobie przemalować, chcieliśmy przemeblowania – to do nas należało skrzyknięcie ekipy znajomych i szuranie meblami, chciałam mieć nowe powłoczki na poduszki – ok, ale musiałam sama je sobie uszyć, mama mogła mi pokazać jak działa maszyna, reszta należała do mnie, jeśli coś schrzaniłam nie miałam powłoczek. Nie stawialiśmy żądań, a rodzice ich nie realizowali, nie biegliśmy do sklepu i nie pokazywaliśmy paluszkiem czego chcemy, a rodzice nam tego nie kupowali, główkowaliśmy jak zrobić coś samemu, z tego co mamy, co jest w domu, co możemy wykorzystać. I tu rodzice zostawiali nam wolną rękę.

Nasze pokoje były dla nas przestrzenią do rozwoju kreatywności i fantazji, kształtowania własnego stylu i zdobywania praktycznych umiejętności, dlatego właśnie ja i brat jesteśmy dziś osobami, które nie potrzebują wzywać fachowców, by zrobić remont w mieszkaniu.

Przede wszystkim jednak tworzenie własnych pokojów nauczyło nas bycia sobą i wyrażania siebie bez obaw. Dziś oboje jesteśmy indywidualistami, mamy swój styl i swoje zdanie, nie podążamy ślepo za tłumem, nie poddajemy się presji opinii społecznej, nie mamy potrzeby bycia jak inni i porównywani się z innymi, nie konsultujemy z całym światem własnych poczynań i nie oczekujemy cudzej akceptacji dla własnych wyborów, jesteśmy twórczy i odważni, nie boimy się głośno wyrażać swojej opinii, nie boimy się bronić własnych poglądów, nie boimy się sprzeciwić jeśli coś nam nie odpowiada, wreszcie nie boimy się być tym kim jesteśmy i jacy jesteśmy.

Rodzice dając nam własny pokój do własnej aranżacji, pozwalając by nasza przestrzeń naprawdę była nasza, wyposażyli nas nie tylko w praktyczne umiejętności, ale dali nam coś co nazywa się przestrzenią psychiczną. We własnym pokoju, na własnym gruncie, w przestrzeni gdzie czuliśmy się bezpiecznie, otoczeni przez własne, nie wybrane przez rodziców, przedmioty i dodatki, mogliśmy czuć się sobą. Mieliśmy komfort bycia sobą, a nie przymus bycia kopiami swoich rodziców. Rodzice dając nam przestrzeń fizyczną do samodzielnego zagospodarowania, równocześnie dali przestrzeń psychiczną. Dając nam własny kawałek podłogi dali nam wolność osobistą, wewnętrzną, której nie nauczą Waszych dzieci w żadnych szkołach, na żadnych kursach, warsztatach, ani po latach na drogich terapiach.

Drodzy rodzice – pozwólcie swoim dzieciom urządzić ich własny pokój tak jak chcą. Że nie będzie „w trendach”, że nie pokażecie go na Instagramie, że Wasi znajomi widząc ów pokój będą znacząco chrząkać i unosić brew, że nie będzie komponował się z resztą  mieszkania? – to wszystko nie jest ważne. Uwierzcie mi – dziecko nie chce mieć pokoju idealnego, skrojonego na WASZĄ miarę, uzgodnionego przez WAS z projektantem i podobającego się WAM, dziecko chce mieć SWÓJ pokój, w którym będzie mogło być SOBĄ i będzie mogło być szczęśliwe. Nawet jeśli to oznacza plastik- fantastik, kicz, brokat i falbanki… Nawet jeśli będzie to najkoszmarniejszy pokój jaki wiedzieliście to warto pozwolić dziecku go mieć. Po stokroć warto! Wiem co mówię:)

A jak to było z Waszymi dziecięcymi pokojami?


13 komentarzy:

  1. Popieram. Swoją drogą, ciekawe jak w przyszłości urządzą się dzieci instagramowych rodziców:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że jeśli od małego nie mają szans, by zrobić to samodzielnie, by kierować się własnym gustem, a nie gustem rodziców i gustem masowym, to nie będą miały z tym problemu. Urządzą się jak wszyscy wokół, urządzą się tak by było modnie, by podobało się rodzicom i odwiedzającym ich gościom, bo to ich zdanie będzie tu głównym wyznacznikiem, zatrudnią projektanta, który zrobi to za nich i nawet nie będą wiedziały, że można inaczej, ile frajdy ich omija, ile cennych przeżyć i doświadczeń... Szczerze mówiąc też się zastanawiam jakie to będzie pokolenie, skoro od małego wychowywane jest w poczuciu, że najistotniejszy jest cudzy podziw, cudza akceptacja i lajki. Strach się bać. Terapeuci będą mieli masę roboty tak sądzę, choć mam wielką nadzieję, że się bardzo mylę...

      Usuń
  2. Super, że napisałaś o tym. Też z trwogą patrzę na czarno-szaro-biało-drewniano-metalowe pokoje dzieci na portalach społecznościowych. Nie ma tam miejsca na dzieci, dzieci stanowią tylko dodatek na fotkach, i ubrane są tak, żeby nie zakłócać kolorystyki pokoju.
    Ja miałam pokój wyklejony plakatami ulubionych ugrupowań ;-) muzycznych, zmieniających się w zależności od mojego wieku. Na kolor ścian jakoś nie zwracałam uwagi i w zasadzie było mi wszystko jedno jakie mama powiesi firanki, wprowadzałam tylko swoje dodatki. Raczej lubiłam prostotę, w przeciwieństwie do moich rodziców (niestety chyba moja mama dałby się przekonać na sypialnię rodziców Moniki ;DDDD). Moi rodzice uwielbiają "kurzołapy" wszelkiej maści. Ja już niekoniecznie,ale jedno muszę przyznać, że pokój dziecka powinien być nieograniczonym królestwem kolorów i kiczu. Przyznam, ze mojemu nastolatkowi pozwoliłam n a wszystko oprócz czarnych ścian.sorry ale do tego nie mogłam się przemóc, ze względów praktycznych. Wiem, że potem musiałabym walczyć z przemalowaniem tej cudowności. Ale był czas, że z jednej strony pokoju byli piłkarze, a z drugiej - gigantyczny plakat z Hannah Montana ;-D to nie żart nawet pościel miał z Hannah ;-) a na to wszystko ściana ze "Złymi ptakami" i mln malutkich samochodzików. Teraz jest prawie pusto i tylko przemyciłam u niego dwa obrazki narysowane w przedszkolu, tak piękne, że nie byłam ich w stanie zdjąć. Syn nie protestuje i nie uważa, że go to ośmiesza w oczach kolegów. Między rowerem a deską zawieruszy się maskotka. Ja uważam, że to urocze i nie wygarniam od niego tych resztek dziecinności. A tak poza tym to uwielbiamy z mężem tam siedzieć jak go nie ma, bo dziecięce pokoje są takie ciepłe i mają niepowtarzalny zapach i koloryt i tak naprawdę są takie osobiste, jeśli się tylko pozwoli na to.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj Dorota, dziękuję Ci za ten komentarz, pięknie dopełnia to, o czym ja nie napisałam:) Uśmiałam się w głos przy czarnej ścianie, bo mój brat właśnie taką miał w pokoju na pewnym etapie dorastania, rodzice zostali postawieni przed faktem dokonanym - wrócili po pracy do domu, a brat z dumą zaprezentował im swoje dzieło, popatrzyli i skomentowali następująco: "jak ci się znudzi to sam będziesz musiał coś z tym zrobić, my nie będziemy zatrudniali malarza" i zrobił - kilka lat później na tę czerń machnął kolorowe graffiti, by za dwa lata - tuż przed maturą - przy pomocy kolegów przemalować pokój na odcień (uwaga!) zielonego jabłuszka... Świetnie, że pozwalasz swojemu synowi na wnętrzarskie eksperymenty. Moim zdaniem na tym właśnie polega uczenie dzieci gustu - na możliwości odkrycia jaki się ma ten gust, bo przecież każdy z nas ma inny i każdemu podoba się coś innego, nie ma jednego uniwersalnego "dobrego gustu" jak niektórzy próbują przekonywać. Chodzi o to, by nie wstydzić się własnego gustu, tak jak Twój syn nie wstydzi się przed kolegami mieć obrazki z przedszkola na ścianie, czy maskotkę, która ma dla niego wartość sentymentalną. Nie wstydzi się, bo pewnie ma poczucie własnej wartości na właściwym miejscu, a to rodzi się między innymi z wolności do własnych wyborów, także wnętrzarskich, jaką rodzice dają dziecku.

      Usuń
    2. O graffiti nie pomyślałam :-O Ej, to dobry pomysł. Nawet bym powiedziała, że za..... Łee noo sama mu podpowiem ;-DDD Dzięki.

      Usuń
    3. Do usług, kochana, do usług;)

      Usuń
  3. Dla mnie najśmieszniejsze są duże lustra w pokojach niemowlaków. Z pewnością niemowlaki z nich nie korzystają...:) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, bo po co mają korzystać - pomijając fakt, że wzrok dopiero im się kształtuje i na początku niezbyt wyraźnie widzą, to niemowlaki nie czują potrzeby sprawdzania czy dobrze wyglądają. Dzieci rodzą się z przekonaniem, że wszystko z nimi ok., że nie potrzebują upiększeń i poprawek, że są "najlepszą wersją siebie" - że posłużę się modną terminologią, to dopiero rówieśnicy na podwórku i w przedszkolu oraz dorośli "uświadamiają" dzieciom, że te uszy to za duże, nogi krzywe, a nos garbaty... Karolino, dziękuję serdecznie za komentarz i witaj na blogu:)

      Usuń
  4. Dałaś mi do myślenia. Moja córka w wieku 7 lat miała swój pokój po przeprowadzce i oczywiście ja decydowałam o meblach, ale córka wybrała kolor ściany. Tylko jakoś nie ma fazy na urządzanie, więc trochę jej pomagam, kupuję a to kwiatka a to ramkę. Ja też pamiętam Pierrota, plakaty zespołów i jeszcze pocztówki w antyramach taką miałam fazę na nie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj:) Dziękuję za komentarz:).
      Wiesz, nie każde dziecko musi mieć chęć wnętrzarsko szaleć:). Ja to robiłam, bo dość często się z rodzicami przeprowadzaliśmy, moi rodzice wciąż urządzali nowe mieszkania i lubili to robić (pamiętam ich wyprawy na drugi koniec Polski a to po meble, a to po kafelki) więc i my, dzieciaki, od małego uczyliśmy się urządzania i kombinowania we wnętrzach, no i mieliśmy to szczęście, że mieliśmy własne pokoje, które mogliśmy urządzić po swojemu... Może nie do końca oddałam w tekście to o co mi chodziło, bo nie chodziło mi o to, że teraz wszyscy rodzice mają dać dziecku wolną rękę i "urządzaj sobie jak chcesz", bo nie każde dziecko ma takie potrzeby i nie każde ma na to ochotę. Są dzieci, które wolą gdy zrobią to rodzice, każdy z nas jest inny i każde dziecko jest inne, nie ma co przykładać wszystkich do jednego szablonu. Chodziło mi bardziej o to, by nie narzucać dziecku na siłę swojego gustu, nie przegwałcać rozwiązań, które według nas są super, a dziecku niekoniecznie przypadają do gustu, tylko o pozostawienie przestrzeni dla kreatywności i wyobraźni dziecka, o danie mu wolności wyboru. Skoro Twoja córka wybrała kolor ściany to znaczy, że ma pokój w kolorze w jakim chciała mieć i może ten kolor jest dla niej najważniejszy, może na dekoracjach wcale jej jakoś specjalnie nie zależy, a może po prostu jest jeszcze za mała i doboru dodatków musi się nauczyć od Ciebie:) Wszystko w swoim czasie, skoro konsultujesz z córką kolor ścian to znaczy, że wiesz w czym rzecz;)

      Usuń
  5. Całkowicie się z Tobą zgadzam :) mam nawet napisany na ten temat osobny post który leżały gdzieś na dysku...w każdym razie moja córeczka ma swój pokój i uwierz mi- w zasadzie wszystko Ci się w nim znajduje jest jej pomysłem a duszę to ona ma artystyczna ... Każda ściana w innym, pastelowym kolorze do tego łóżko piętrowe. Mega kolorowy dywan, skrzynki na kamienie itd. Itd... Znajoma do mnie mówi że nie zgodziła by się na te kolory ścian bo to teraz nie jest modne ... A ja sobie myślę a czy musi? To jej przestrzeń, ona ma się w tym dobrze czuć nie ja. Poza tym wszyscy którzy przychodzą do jej pokoju mówią wielkie "wow" ,bo między innymi pod łóżkiem piętrowym ma bazę do chowania i siedzenia. Kto nie lubił rakich miejsc w dzieciństwie ??? I mam podobne odczucia jak Ty i żal mi tych dzieci ... Ze wszystko pod linijkę i kolor. Czasami się zastanawiam gdzie ci ludzie chowają te wszystkie zabawki ??? BO większość na zdjęciach jest oczywiście drewniana A co jeśli na urodziny ktoś przyniesie coś z plastiku i co nie będzie lalka, autkiem czy misiem w stylu vintage ??? Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kolejny komentarz, który świetnie rozwija to o czym napisałam:) Dziękuję:) Oczyma wyobraźni zobaczyłam pokój Twojej córki i aż się uśmiechnęłam:) Baza do chowania – no jasne, kto by nie chciał?! I to nie tylko w dzieciństwie, nam dorosłym też by się czasami przydała, sama powiedz czy nie?;) A co do opinii znajomej i jej reakcji na pokój Twojej córki, to przyznam, że nie bardzo rozumiem dla kogo ten pokój ze swoimi kolorami ścian ma być „modny”? Dla obcych? Przecież oni nie spędzają w nim swojego życia, zerkną przez trzy minuty jak wygląda i idą do swojego życia. Pokój ma się podobać przede wszystkim temu kto w nim mieszka, takie jest moje zdanie. A z plastikowymi zabawkami to mam wrażenie jest trochę jak z książkami w pokojach dorosłych. Ilekroć oglądam w Internecie te piękne, wymuskane wnętrza to się zastanawiam: no dobra, a gdzie Ci ludzie trzymają książki? Bo zawsze widzę tylko „modne” drobiazgi ustawione to tu to tam na pustych półkach, a nigdy nie widzę książek… I nie mam tu na myśli trzech egzemplarzy na krzyż w okładkach pasujących do wnętrza, tylko prawdziwy księgozbiór: książki które się ma, czyta, zbiera latami… I tak się zastanawiam czy w tych wszystkich wypasionych, hipsterskich domach (rzekomo intelektualistów, bo na takich pozują często właściciele) nikt nie czyta nic poza Vogiem (?!), bo ten to akurat na co drugim zdjęciu pręży okładkę.

      Usuń
  6. Przepraszam za literówki piszę z telefonu :)

    OdpowiedzUsuń