wtorek, 22 maja 2018

Co pamięta niemowlak czyli historia pewnego psa...



Mam do Was pytanie: czy macie coś co jest z Wami od zawsze? Co towarzyszy Wam niemal od narodzin? Co, choć nadgryzione zębem czasu, nie poddaje się przemijaniu? Takie constans, co po prostu jest. Tu i teraz. W każdej chwili. Zawsze...?


Rozejrzyjcie się po Waszym wnętrzu. Macie coś takiego?
Ja mam, a najzabawniejsze jest, że ów fakt odkryłam dopiero dziś...

Nie mam natury zbieracza. Nie kolekcjonuję, nie przechowuję, nie zostawiam na potem, bo może się przydać... Regularnie pozbywam się rzeczy, których z jakiś powodów już nie potrzebuję. Bez żalu je oddaję, sprzedaję lub wyrzucam. U mnie nic nie jest na zawsze, wszystko jest na jakiś czas...

Kiedyś zastanawiałam się z czego to wynika. I doszłam do wniosku, że może to mieć związek z faktem, że od maleńkości ciągle zmieniałam miejsce zamieszkania. Moi rodzice po kilku latach mieszkania gdzieś decydowali, że właściwie można by zasmakować życia gdzie indziej. I nie, nie były to przeprowadzki z ulicy na ulicę lecz z miasta do miasta, i to nie do pobliskiego miasta oddalonego o takie powiedzmy 50 kilometrów, ale przynajmniej o 200. W końcu jak się przeprowadzać to z fasonem;) Jako dziecko, a później nastolatka wielokrotnie uczestniczyłam w pakowaniu całego dobytku w kartony i przy okazji pozbywaniu się tego, co w nowym miejscu raczej już się nie przyda. Przy okazji pakowania robiło się więc selekcję, zostawiało te rzeczy, których będzie się używać w nowym miejscu, a resztę się oddawało, sprzedawało lub wyrzucało. Tym sposobem nie mam i nigdy nie miałam pamiątek typu: pierwsza sukienka, pierwsze buciki, ulubiona grzechotka z czasów niemowlęctwa, ukochany miś czy lalka. Od małego nie przywiązywałam się do rzeczy i tak jest do dziś...  

Jest jednak coś co jakimś cudem ocalało przez wszystkie te przeprowadzki. Coś co wędrowało z nami przez kolejne mieszkania i domy. Co towarzyszyło mi od moich pierwszych chwil i towarzyszy do dziś. Jak to się stało, że przetrwało? Jak to się stało, że przy okazji kolejnego pakowania dobytku nie zostało wyrzucone, oddane, sprzedane, a przy okazji przewożenia rzeczy z miejsca na miejsce nie uległo poważnemu uszkodzeniu albo zagubieniu...? Nie mam pojęcia. Może taka jest natura rzeczy.

Ale od początku...

Gdy się urodziłam moi rodzice jeszcze studiowali i żadne z nich nie miało rodziny w Poznaniu, gdzie się uczyli. Przez chwilę mieszkałam z nimi w akademiku, a potem wynajęli pokój u pewnej rodziny (nie były to czasy gdy wynajmowało się całe mieszkanie jak dziś). Z owych czasów pamiętam BARDZO dużo więc nie dajcie sobie wmówić, że niemowlaki nic nie rozumieją, a dzieci nic nie pamiętają do trzeciego roku życia. Jest to nieprawda. To, że dziecko nie potrafi mówić, nie znaczy, że nie rozumie i nie pamięta, ja pamiętam i nie sądzę żebym była w tej kwestii  jakimś wyjątkiem.

Pamiętam bardzo dokładnie jak wyglądał pokój, w którym mieszkaliśmy. Kiedyś opisałam go mamie ze szczegółami i była bardzo zdziwiona jak to możliwe, że pamiętam skoro byłam taka mała. Pamiętam też, że w mieszkaniu rodziny, która wynajmowała pokój moim rodzicom był dłuuuugi ciemny korytarz, a po prawej stronie na ścianie wisiał jakiś obraz zasłonięty czarnym materiałem. Pamiętam, że bardzo, ale to bardzo bałam się tego obrazu i za każdym razem gdy mama niosąc mnie na rękach przechodziła tym korytarzem, to odwracałam głowę, żeby na ten obraz nie patrzeć. Po latach, gdy zapytałam mamę co za obraz wywoływał we mnie takie uczucia, mama stwierdziła, że coś musiało mi się pomylić, bo tam w korytarzu nie było żadnego obrazu. Nalegałam jednak, że był, był na pewno, bo pamiętam, że był obraz zasłonięty czarną płachtą. I wtedy mama przypomniała sobie, że w czasie gdy mieszkaliśmy u tej rodziny, zmarł mąż właścicielki mieszkania i ona zgodnie z jakimś przesądem, przykryła wiszące w przedpokoju lustro czarnym materiałem. I faktycznie to lustro przez jakiś czas wisiało nakryte czarną płachtą…

Pamiętam także białą, porcelanową figurkę psa, którą mieli właściciele mieszkania. Ten pies podobał mi się szalenie i zawsze wyciągałam do niego ręce chcąc go pogłaskać. Moja fascynacja i przywiązanie do owej figurki były podobno tak duże, że gdy rodzice zdecydowali się wyprowadzić z owego wynajmowanego pokoju i Poznania w ogóle, właściciele mieszkania na pożegnanie podarowali  im dla mnie właśnie ową figurkę.


Od tej chwili pies wiernie nam towarzyszył, tylko moja miłość do niego z czasem jakby… osłabła. Im byłam starsza tym mniej mi się podobał. Kilkanaście lat temu przy okazji kolejnej przeprowadzki (tym razem  mojej mamy, bo ja nie mieszkałam już wówczas z rodzicami) usilnie namawiałam mamę na pozbycie się owego „porcelanowego szkaradka” - jak określiłam psa.
- Po co ci to paskudztwo? Wyrzuć go – przekonywałam.
- E, czy ja wiem, tyle lat jest z nami, niech sobie będzie – odparła mama, zawinęła psa w gazetę i schowała do kartonu z innymi przeprowadzkowymi rzeczami.

I tak sobie był w mieszkaniu mojej mamy aż do zeszłego roku, gdy nagle… moja miłość do psa na powrót się uaktywniła.
- Słuchaj, a czy Ty masz jeszcze tego porcelanowego psa? - zapytałam mamę kiedyś przez telefon.
- Mam, stoi w kuchni na półce, a co?
- A nie chciałabyś mi go podarować, kiedyś przy okazji? - zapytałam wprost, bo co tam będę owijać w bawełnę. - No bo tak mi jakoś chodzi po głowie i pomyślałam, że fajnie by wyglądał w naszym nowym mieszkaniu.
-  No pewnie, mogę ci przywieźć – odparła mama, która akurat za kilka dni wybierała się do nas z wizytą. - A co cię tak nagle naszło z tym psem. Zawsze mówiłaś, że to paskudztwo.
- A  wiesz, nie wiem – powiedziałam zgodnie z prawdą – ale tak mi jakoś chodzi po głowie i myślę, że chciałabym go mieć…
- Dobra, przywiozę ci – powiedziała mama.

Kilka dni później biały, porcelanowy pies stanął na eksponowanym miejscu w naszym salonie. A ja zachodzę w głowę jak przez te wszystkie lata mogłam uważać, że jest szpetny. I biję się w piersi za to, że nazywałam go szkaradziejstwem. Przecież ten pies jest absolutnie piękny, wspaniały i wyjątkowy (pomimo tego, że obtłukł mu się ogonek i ucho). W dodatku chyba przedwojenny sądząc po misternym wykonaniu...

A do tego jest wierny- jak to pies. Przez tyle lat wiernie mi towarzyszył i czekał... wiernie czekał aż pani nabierze rozumu i zmieni co do niego zdanie…;)
Dziś rano spojrzałam na niego i uderzyło mnie, że to jedyna rzecz, którą mam od zawsze. Urodziłam się w Poznaniu i po latach wędrowania po Polsce, mieszkania z rodzicami tu i tam, wróciłam do Poznania. Zatoczyłam koło, a pies razem ze mną. Oboje wróciliśmy do miejsca, gdzie zaczęła się nasza wspólna historia. Czyż życie nie jest przedziwne i fascynujące? 




A jak to jest u Was z pamięcią i pamiątkami? Macie coś, co jest z Wami od zawsze? Dajcie znać,  jestem bardzo ciekawa...  



2 komentarze:

  1. Cudny jest, zwłaszcza że ostatnio podobają mi się różne figurki. Ze strychu przyniosłam lwa, którego dostałam od babci, też doczekał się lepszych czasów. Do przedmiotów się nie przywiązuję, jak przestają spełniać swoją rolę lub nie dostrzegam potencjału, to baj, baj. Niczego też nie kolekcjonuję. Z pamiątek najważniejsze są dla mnie zdjęcia i wspomnienia:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki:) Swoją drogą to ciekawe jak na przestrzeni lat zmienia nam się gust. Coś ląduje w szafie, na strychu albo piwnicy, a za jakiś czas dochodzimy do wniosku, że: "ojej, co ja zrobiłam, przecież to jest takie super" i przedmiot wraca do łask. Lew od babci mnie zaintrygował, może wrzucisz kiedyś u siebie jego fotę... Bardzo jestem ciekawa:)

      Usuń