środa, 8 sierpnia 2018

New York, New York czyli matka, która nigdy nie śpi...


Gdy byłam w ciąży słuchałam sporo muzyki, co by od małego właściwie kształtować gust muzyczny swojej córki;) i także dlatego, że naczytałam się w różnych źródłach, iż muzyka dobrze wpływa na rozwój płodu. Na pewnym etapie ciąży doskonale już rozpoznawałam jakie kawałki podobają się mojej córce, a jakie nie. Kopniakami, podskokami i delikatnym kołysaniem dawała mi znać czego lubi słuchać.

Lubiła Cohena, lubiła arie operowe w wykonaniu Monserrat Caballe, ale nie przepadała za Mozatrem, lubiła ścieżki dźwiękowe z różnych filmów, szczególnym uwielbieniem darząc „Moon river” w wykonaniu Audrey Hepburn w „Śniadaniu u Tiffaniego”. Dziwnie natomiast reagowała na Franka Sinatrę. Do końca ciąży nie miałam pewności – puszczać jej tego Sinatrę czy nie. Na wszelki wypadek repertuar Sinatry ograniczyłam do jednej tylko piosenki „New York, New York”.

I to był błąd, bo okazało się, że mała tak zidentyfikowała się z miastem które nigdy nie śpi, że postanowiła podążyć jego śladem. I tak oto mam w domu kawałek Nowego Yorku;) w postaci niemowlaka, który nigdy nie śpi…

A ja nie śpię razem z nią…

Z osoby, która kiedyś nie była w stanie funkcjonować gdy nie przespała bitych dziesięciu godzin, zmieniłam się w osobę, która od momentu urodzenia dziecka śpi półtorej godziny na dobę. Moja noc zaczyna się o 23:00 i kończy o 24:30. Nie piszę tego, żeby się Wam pożalić (no dobra, trochę też), ale żeby trochę się przed Wami wytłumaczyć dlaczego posty pojawiają się na blogu teraz rzadziej niż dotąd i żeby podziękować Wam, że mimo tego jesteście tu ze mną, wpadacie, odwiedzacie mnie, czytacie (wiem, że jesteście bo widzę statystyki).

Dziękuję:)))

Wiem też, że zrozumiecie, że przy permanentnym braku snu mój mózg pracuje na mocno zwolnionych obrotach i nie jestem za bardzo w stanie napisać jakiegoś sensownego posta. Dlatego po prostu wrzucam Wam obiecane w poprzednim poście zdjęcia kącika mojej córki, tym razem już z tradycyjnym łóżeczkiem zamiast kosza Mojżesza. Kosz, który w dzień stał sobie w kąciku albo wędrował po mieszkaniu, a w nocy był przystawiany do naszego łóżka, powoli już kończy swoją misję nad czym boleję.

Zwyczajnie nie jestem jeszcze gotowa na to, by moja córeczka zamiast tuż przy naszym łóżku, będąca zawsze pod moim bacznym wzrokiem i na wyciągnięcie mojej ręki, przeniosła się do łóżeczka w rogu pokoju, CAŁE dwa kroki ode mnie. Na samą myśl, że będzie tak daleko, zaczynam odczuwać już lęk separacyjny... A mojej córce - jej owa zmiana przychodzi nadzwyczaj łatwo, z radością, błogością i pomrukiem zadowolenia mości się w nowym łóżeczku, bo koszyk zwyczajnie zaczął być na nią za mały.

- Więc to już, jej pierwsza wyprowadzka, odtąd będzie z dala od mamusi… - myślę i łykam łzy.
Ale co robić, kibicuję jej na tym nowym etapie życia. Taka już matki rola, czyż nie?

A w nowym lokum ma tak:



Jak widzicie w porównaniu z wcześniejszym kącikiem (do zobaczenia TU), zmiany są raczej kosmetyczne. Łóżeczko stanęło w miejscu kosza, a girlanda z pomponów została zastąpiona żółtą girlandą w groszki (jak zrobić taką girlandę bez szycia pokazywałam TU).
Łóżeczko zamawialiśmy przez Internet i nie przyszło nam do głowy (a na zdjęciach nie było tego widać), że szuflada pod łóżeczkiem może nie mieć żadnej osłony z góry, tak że w efekcie wszystko co jest w szufladzie widać przez szczebelki.


Nie, no tak to nie mogło być, uszyłam więc na szczebelki osłonkę w groszki.



I to by było na tyle… Idę nie spać;)


 

2 komentarze:

  1. Kącik kolorowy, wesoły zapewne dobrze wpływa na córeczkę. W wychowaniu dzieci czas leci jak szalony i wszystko szybko się zmienia, wytrwasz, a potem się wyśpisz. Zdrowia dla was:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Kącik ewoluuje, tak jak Wasze życie ;-D Nie martw się KochanaMatkoNiewyspana, tak jak koleżanka wyżej powiedziała "potem się wyśpisz". To tak szybko mija, człowiek jęczy a potem nagle zaczyna ci brakować tego wszystkiego. Ech, ciesz się maleńką córeczką, nie bądź smutna, że odeszła na wyciągniecie ręki, bo takie jest życie. Jeszcze będzie z Tobą przez jakieś...14 lat, potem definitywnie szykuj się na łzy pożegnania ;-P Szacun, że cokolwiek napisałaś będąc młodą matką, i jeszcze uszyłaś!!!! No po prostu jesteś bohaterem!!!!

    OdpowiedzUsuń