niedziela, 3 marca 2019

Te współczesne matki...




- Te współczesne matki, na co one narzekają?! Nie muszą prać i prasować pieluch, nie muszą przecierać zupek przez sito, nie muszą stać w kolejkach, nie muszą kombinować skąd wziąć ubrania dla niemowląt, wszystko mają: pampersy, słoiczki, półki się w sklepach uginają od rzeczy dla dzieci, tyle udogodnień, tyle wszystkiego, a one narzekają… Ciągle tylko narzekają jakie to są zmęczone. My nie miałyśmy połowy z tego i nam to dopiero było trudno, a nikt nie narzekał. Się wychowało dzieci i dobrze. A te współczesne matki… Gdyby je przenieść w tamte czasy i kazać zajmować się dzieckiem, to by chyba tylko załamały ręce, siadły i płakały…

Ile z Was słyszało coś podobnego od starszego pokolenia?
A kto się z tym zgadza?
Bo ja nie zgadzam się zupełnie. Według mnie to osąd bardzo powierzchowny, krzywdzący i stereotypowy. Nie wiem dlaczego, u niektórych osób ze starszego pokolenia króluje przekonanie, że bycie matką współcześnie to pestka. Bo dawno, dawno temu, w erze przed pieluchami jednorazowymi, to się matka urobiła po łokcie, a taka współczesna matka to tylko lata robić paznokcie...

Dzisiejsze matki, owszem, pod wieloma względami mają dużo, dużo łatwiej. Pod wieloma względami mają jednak dużo, dużo trudniej niż matki z pokolenia ich mam i babć.

Oto czym współczesna matka różni się od dawnych matek i skąd się bierze jej zmęczenie:

1. Czasem spędzonym z dzieckiem

Kiedyś urlop macierzyński trwał trzy miesiące, gdy kończył się macierzyński, a matka chciała wrócić do pracy, dziecko (jeśli na miejscu nie było babci, która by się nim zajęła) szło do żłobka albo opiekunki. To oznaczało, że od czwartego miesiąca życia, przez większą część dnia, dzieckiem zajmowali się inni ludzie, a nie matka. Ja wiem, że wtedy takie były czasy i nie było wyboru, i gdy dziecko było w żłobku to matka była w pracy, ale wiecie co… bycie w pracy to jest jednak zdecydowanie coś innego niż bycie przez cały dzień z dzieckiem. W pracy przysługuje ci przerwa, w domu z dzieckiem przerwy nie ma. Ani gdy pracowałam w redakcji gazety w tak zwanym nienormowanym czasie co oznaczało, że przychodziłam do pracy przed ósmą, a do domu wracałam też przed ósmą, bo po zamknięciu redakcji trzeba było jeszcze służbowo iść tu czy tam (spotkanie, zebranie, konferencja, wystawa itp.), ani gdy przez krótki czas uczyłam w liceum, ani gdy pracowałam już zdalnie i potrafiłam siedzieć ciurkiem przy biurku po kilkanaście godzin, bo trzeba było dotrzymać terminu, oddać zlecenie itp., ani nawet gdy samodzielnie odwalałam ciężką fizyczną robotę pod tytułem remont mieszkania, to nie czułam się tak zmęczona jak teraz, gdy przez całą dobę zajmuję się dzieckiem.
Także praca pracą, ale śmiem twierdzić, że opcja – dziecko od czwartego miesiąca w żłobku, a matka w pracy była jednak mniej wyczerpująca niż matka z dzieckiem przez dziewięć miesięcy non stop (mówię tu tylko o aspekcie zmęczeniowym, bo sam pomysł, że urlop macierzyński ma trwać trzy miesiące uważam za barbarzyństwo).

2. Sposobem opieki na dzieckiem

Dzisiejsze matki są dlatego takie zmęczone, że nie tylko więcej czasu spędzają z dzieckiem, ale też zmienił się sposób opieki nad dzieckiem. Kiedyś niemowlę spędzało głównie czas w łóżeczku. Miało leżeć grzecznie i cicho. Jak płakało to wymuszało, toteż trzeba je było zostawić, żeby się oduczyło wymuszać. Kiedyś płaczące niemowlę to był manipulant i terrorysta, no chyba że miało mokro albo było głodne – wtedy to owszem, miało prawo płakać, a poza tym wiadomo… jak płacze to wymusza. A jak się przyjdzie do płaczącego dziecka – weźmie na ręce, przytuli, ulula, to się je na bank rozpaskudzi. Najlepiej więc udawać, że się nic nie widzi i nie słyszy, i zająć się swoimi sprawami. Jak terrorysta zobaczy, że nikt nie reaguje to przestanie płakać. A jak dalej będzie płakać, to niech płacze, niech trenuje płuca... Taki styl wychowania i takie podejście do potrzeb niemowlęcia było przeważające. Znikąd się przecież nie biorą rady mam i babć, by nie nosić na rękach i nie reagować na każde zawołanie malucha. Znikąd się przecież nie bierze przekonanie starszego pokolenia, że  noszenie dziecka na rękach to nic innego jak rozpieszczanie go.

Dziś matka wie, że dziecko nic nie wymusza i nikim nie manipuluje. Niemowlę płacze, bo tylko poprzez płacz może komunikować się ze światem i jeśli płacze to coś chce nam powiedzieć, i dobrze by było gdybyśmy jako rodzice potrafili i chcieli to dziecko wysłuchać. Dziś, inaczej niż kiedyś (w myśl popularnej wówczas maksymy: „dzieci i ryby głosu nie mają”) dziecko ma głos. I poza tym, że jest głodne albo ma mokro, może też płakać dlatego, że mu za ciepło albo za zimno, że drapie go ubranko, że czegoś się boi, że chce się przytulić i z miliona innych powodów... Współczesna matka reaguje na płacz niemowlęcia – tuli go, lula i nosi na rękach, bywa że godzinami i od tego właśnie jest zmęczona, bo to męczy, nawet jeśli robi się to z pełną miłością, akceptacją i oddaniem, to jednak to męczy.

3. Jakością czasu spędzonego z dzieckiem

Sposób spędzania czasu przez matkę kiedyś i dziś również znacząco się zmienił. Kiedyś zajmowanie się niemowlęciem w przeważającej mierze ograniczało się do: karmienia, przewijania, ubierania, pójścia na spacer, sporadycznej zabawy (piszę sporadycznej, bo ja na przykład, podobnie jak wielu moich rówieśników, nie pamiętam by rodzice się ze mną bawili, to była domena dziadków). Dziś kładzie się ogromny nacisk na jakość czasu spędzanego z dzieckiem. Dziś wiadomo, że dla dziecka bycie nakarmionym, przewiniętym i czysto ubranym, to trochę za mało dla prawidłowego rozwoju emocjonalnego. Dziś wiadomo, że by z niemowlaka wyrósł szczęśliwy, pewny siebie dorosły potrzebny jest zaangażowany rodzic, który jest z dzieckiem i dla dziecka, a nie przy dziecku, i który zapewnia dziecku stymulację na różnych poziomach. Dzisiejsze matki (dzisiejsi rodzice) nie tylko bawią się z dzieckiem w domu, ale też chodzą z niemowlakami na basen, na zajęcia umuzykalniające, na zajęcia sensoryczne itp. I to wszystko też generuje zmęczenie…

4. Podejściem do diety dziecka

Owszem, półki sklepowe uginają się od różnego rodzaju kaszek błyskawicznych dla niemowląt i słoiczków z obiadkami, deserkami i czymkolwiek chcecie. Fakt istnienia słoiczków nie oznacza jednak, że współczesnej matce jest łatwiej, bo nie każda matka chce podawać dzieciom słodzone kaszki, obiadki ze słoika i deserki z folii. Ja na przykład nie chcę i wiem, że nie jestem jakimś wyjątkiem, który gotuje dla własnego dziecka, bo znam wiele takich matek. I tak, owszem, mamy do pomocy miksery, blendery i sokowirówki, ale… Kiedyś, gdy się chciało ugotować zupę dla dziecka, to się kupiło włoszczyznę w pierwszym lepszym warzywniaku, mięso w pierwszym lepszym mięsnym (tak, wiem trzeba było odstać swoje w kolejce), rybę w pierwszym lepszym rybnym, jaja w pierwszym lepszym spożywczaku. A dziś gdy chce się ugotować zupę dla dziecka to najpierw trzeba zrobić porządny risercz, by dowiedzieć się, gdzie sprzedają ekologiczne warzywa, mięso, jaja itp., a potem przemierzyć pół miasta, by to kupić.

Inne też było podejście do komponowania posiłków dla niemowląt. Kiedyś nikt nie pochylał się nad szkodliwością soli i cukru w diecie niemowlaka. Nikt nie zastanawiał się czy menu dziecka pokrywa jego zapotrzebowanie na kwasy omega, czy proporcje witamin i minerałów w każdym posiłku są zachowane. Nikt nie analizował wnikliwie składu kaszek błyskawicznych czy mleka modyfikowanego dla niemowląt. Dawało się dziecku co było, bo skoro jest napisane „dla dziecka” to znaczy, że dla dziecka i już. Rozszerzanie diety niemowlaka było dużo łatwiejsze niż obecnie.

Współczesna matka ma mętlik w głowie, bo tego co niezdrowe jest więcej niż zdrowego. I cóż z tego, że półki sklepowe uginają się od dań dla dzieci, skoro w tych daniach są cukier, sól, tłuszcz palmowy, zagęstniki, barwniki i cała masa innej chemii, na której współczesna matka musi się znać, by wiedzieć co może, a czego lepiej nie podawać dziecku, pomimo napisu „dla dzieci”. Współczesna matka wie, że to jak będzie karmić dziecko przez pierwsze tysiąc dni jego życia ma wpływ na zdrowie dziecka w całym jego życiu, więc chce karmić je mądrze, zdrowo i świadomie. Współczesna matka, musi więc nie tylko znaleźć źródła zdrowych produktów, z których może przygotować dziecku posiłek, ale też musi wgryźć się w zasady dietetyki, by wiedzieć jak mądrze komponować posiłki, by były pełnowartościowe, zbilansowane, różnorodne i smaczne.

5. Podejściem do karmienia piersią

Współczesne matki karmią piersią (oczywiście te, które mogą i chcą) i karmią długo, zdecydowanie dłużej niż kiedyś. Dzisiejsze matki karmią dzieci piersią średnio przez rok, wiele jest matek, które decydują się karmić dwa lata i dłużej. Karmienie piersią jest najlepsze dla dziecka, ale – powiedzmy to sobie szczerze – dla matki bywa trudne i wyczerpujące, zarówno czasowo (karmienie na żądanie wymaga ciągłej obecności przy dziecku i podawania piersi gdy dziecko zażąda) jak i fizycznie (witaminy i minerały z organizmu matki w pierwszej kolejności trafiają do dziecka, stąd by nie doszło do niedoborów w organizmie matki tak ważna jest dobra dieta w czasie karmienia piersią, a umówmy się ile z matek ma czas by ugotować sobie porządny posiłek).

Kiedyś ilość matek karmiących piersią była zdecydowanie mniejsza (większość dzieci z mojego pokolenia, ze mną włącznie, karmionych było mlekiem modyfikowanym). Czas karmienia dzieci piersią był też krótszy. To co dziś jest normą – czyli karmienie dzieci piersią do roku, kiedyś było wyjątkiem. Do dziś jeszcze wśród starszego pokolenia pokutuje błędny pogląd, że „dzieci się karmi piersią trzy miesiące, bo dłużej to nie ma co, bo potem to w piersiach jest sama woda...”
Kiedyś karmiło się piersią o ściśle określonych porach, dziś karmi się na żądanie, co oznacza, że dziecko decyduje kiedy chce jeść i pić, i może zdecydować, że chce jeść co trzy godziny, a może zdecydować, że co pół i współczesna matka się do tego dostosowuje w dzień i w nocy.

Kiedyś jeśli ktoś chciał karmić piersią to karmił piersią, a jeśli ktoś chciał mlekiem modyfikowanym to karmił mm. Nikt nikogo z tego nie rozliczał i na nikogo w tej kwestii nie wywierał presji. Dziś presja na karmienie piersią jest ogromna! I mówię to jako osoba, która z wyboru karmi piersią i która z karmieniem nie miała nigdy kłopotów. I jako matka karmiąca piersią obserwuję pewien rodzaj wręcz społecznego ostracyzmu, którym naznaczone są kobiety, podające dzieciom mleko modyfikowane. Jako że współczesne teorie głoszą, iż: każda matka jest w stanie wykarmić dziecko piersią i nie ma czegoś takiego jak brak pokarmu, jest za to złe przystawianie do piersi, brak cierpliwości, brak chęci i brak dostatecznego zaangażowania po stronie matki – te, które karmią dzieci mm (z najróżniejszych, również medycznych powodów) postrzegane są jako wygodnickie, egoistki albo takie, które nie dość mocno walczyły o laktację. Kiedyś tego typu osądzanie i kategoryzowanie matek karmiących mlekiem modyfikowanym nie miało miejsca.

6. Sposobem wychowania dziecka

Kiedyś dzieci wychowywało się mniej więcej według jednego wzorca, tak jak się było samemu wychowanym i tak jak się komu wydawało, że jest dobrze. Rodzice nie studiowali podręczników psychologii dziecięcej, nie wgryzali się w teorie rozwojowe, nie zastanawiali nad tym, czy klaps to przemoc czy nie, czy kara to dobry sposób wychowawczy czy nie, albo czy ciągłe porównywanie swojego dziecka do innych dzieci i stawianie innych dzieci za wzór, nie przyczyni się przypadkiem do problemów dziecka z samooceną w przyszłości. Dziś wychowanie dzieci jest, mam wrażenie, trudniejsze niż kiedykolwiek. Ilość teorii rozwojowych, ilość badań, ilość oferowanych modeli wychowawczych jest tak duża, że przeciętny rodzic gubi się w tym, co robi dobrze, a co źle. W tym wszystkim ma też świadomość, że niemal każdy jego krok, zdanie i działanie może mieć kolosalne znaczenie dla rozwoju dziecka i wpłynąć na całą jego przyszłość. Współczesny rodzic, inaczej niż jego rodzice, nieustannie więc dąży do perfekcji w byciu rodzicem, bierze udział w szkoleniach, warsztatach i kursach dla rodziców, studiuje fachową literaturę, czyta poradniki i nieustannie konfrontuje to jakim jest rodzicem a jakim chciałby być. Bycie rodzicem współcześnie to ciągły rozwój i praca nad sobą, a przede wszystkim przekonanie, że jest się omylnym, że się nie wie, że być może postępuje się źle… Poprawcie mnie jeśli się mylę, ale mam wrażenie, że pokolenie naszych rodziców i ich rodziców nie miało tego rodzaju dylematów. Rodzic był autorytetem, wszystko wiedział i robił najlepiej, i co do tego nie było dyskusji. Kiedyś rodzice za cel stawiali sobie wychowanie dziecka, które jest grzeczne, bezproblemowe i dobrze się uczy, współczesny rodzic przede wszystkim chce wychować szczęśliwego człowieka i to jest piekielnie trudne zadanie.

Tak, kiedyś trzeba było stać po wszystko w kolejach, prać i prasować pieluchy, latami czekać na własne mieszkanie gnieżdżąc się na małej powierzchni z rodzicami, a często i dziadkami, przecierać zupy przez sito itp., ale to nie znaczy, że dziś, gdy mamy pieluchy jednorazowe, sklepy zapchane towarem, mieszkania do własnej dyspozycji i całą masę rzeczy i akcesoriów dla dzieci - jest nam łatwiej i nie mamy prawa do zmęczenia. Jest nam trudno i jesteśmy zmęczeni, bo wychowanie dziecka to ciężka praca. Była ciężka kiedyś i jest ciężka obecnie, choć zupełnie czego innego ten ciężar dotyczy i inaczej się rozkłada. 


4 komentarze:

  1. Fantastyczny wpis! Zgadzam się z każdym słowem!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo:) Miło mi to słyszeć. Witam na blogu i zapraszam-wpadaj częściej na wirtualną kawę:)

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. Miło mi to słyszeć, bo przecież piszę dla czytelników:). Ja też dziękuję za pozostawienie po sobie śladu w postaci komentarza. Pozdrawiam:)

      Usuń