środa, 13 listopada 2019

10 rzeczy, których nauczyło mnie macierzyństwo







Macierzyństwo to niezła szkoła życia. W erze przed dzieckiem można prorokować jakim się będzie rodzicem, zarzekać, że coś będzie się robić, a czegoś absolutnie nie (to ja). Można głosić piękne teorie w stylu: „oj, tam, oj tam wszystko jest kwestią organizacji” (to też ja). Można słyszeć, że u innych to dzieci nie śpią, grymaszą przy jedzeniu, absorbują całą uwagę i sabotują rodzicielskie plany na wieczór, weekend czy wakacje ale u nas, rzecz jasna, będzie inaczej (tak, to też ja). A potem rodzi się dziecko. I człowiek wchodzi pod stół odszczekiwać te wszystkie mądrości, które głosił (tak, to też o mnie). Macierzyństwo to niezła szkoła życia.

Oto czego mnie nauczyła w ciągu ostatnich 16 miesięcy:

1. Tego, że miłość naprawdę jest bezwarunkowa i kocha się nie za coś, a pomimo czegoś.

Niby wszyscy to wiemy, ale mam wrażenie, że nikt ani nic nie pokazało mi tego tak dobitnie jak dziecko właśnie. Kocham moją córkę nie za to, że wcześnie zaczęła mówić „mama” czy szybko nauczyła się jeść łyżką i widelcem, nie za to że jest inteligentna, żywa, ciekawa świata i wszędobylska, że ma najpiękniejszy uśmiech na świecie i każdego dnia przytula się do mnie i do swojego taty i wyznaje nam: „kokam” (czyt. kocham).
Kocham ją pomimo tego, że nie spełnia moich oczekiwań (och, jak bardzo oczekiwałabym choć jednej przespanej nocy), że nierzadko ma inne plany niż ja, że opieka nad nią jest tak absorbująca, że nieustannie brakuje mi na wszystko czasu, mimo że dzień zaczynam o 4:30. Kocham ją pomimo tego, że ja - dotąd wcielenie punktualności - teraz nieustannie wszędzie się spóźniam, bo im bardziej ja się spieszę tym bardziej ona się nie spieszy. Kocham ją pomimo tego, że posiłek, który tyle czasu dla niej gotowałam z nadzieją, że jej zasmakuje, bez spróbowania wylądował na podłodze. Kocham ją pomimo tego, że oblała barszczem tapicerowane przez mnie fotele i pomazała kredką ekran komputera. Kocham ją pomimo tego, że bywają dni gdy opieka nad nią doprowadza mnie na skraj wyczerpania fizycznego i psychicznego, i bywają dni, a nawet ciągi dni, że odliczam minuty do 20:00.

2. Tego, że zawsze znajdzie się ktoś dla kogo twoje mankamenty są zaletą.

Uwielbiam śpiewać. Od kiedy pamiętam słyszę jednak, że talentu muzycznego to ja nie mam. I żyłam tak w przekonaniu, że śpiewać to mogę tylko pod prysznicem i gdy nikt nie słyszy, aż do czasu gdy zostałam mamą i życie wymusiło na mnie śpiewanie kołysanek. I nagle, miłe panie i panowie, okazało się, że wokalnie wymiatam:). W opinii mojej córki bowiem nikt, powtarzam wam NIKT nie śpiewa tak rewelacyjnie jak ja. I nikt nie potrafi na poczekaniu ułożyć dwudziestu zwrotek do tej samej melodii. I żaden głos (żadnej tam profesjonalnej piosenkarki, czy jak to się teraz mówi: „wokalistki”) nie jest w stanie tak skutecznie uśpić mojej córki jak mój. I teraz niech mi ktoś powie, że nie mam talentu muzycznego;).

3. Tego, że mamy w sobie więcej sił niż nam się wydaje.

Gdyby w erze przed dzieckiem ktoś mi powiedział, że przez 16 miesięcy nie będę spała i po nieprzespanej nocy będę cały dzień aktywnie zajmować się dzieckiem (czytać książeczki, budować wieże z klocków, śpiewać, tańczyć, odgrywać scenki z zabawkami itp.), codziennie (tak, nawet w najcięższe mrozy) iść na prawie trzygodzinny spacer, kilka razy dziennie gotować zróżnicowane, zdrowe posiłki bez wspomagania się gotowcami typu słoiczki, tubki, kaszki itp., to pewnie bym nie uwierzyła, bo kiedyś jedna nieprzespana noc sprawiała, że byłam nie do życia przez dwa dni. A kiedyś mogłam odespać, teraz nie mogę i... żyję, i sama się dziwię skąd mam siłę, by pomimo permanentnego zmęczenia w miarę normalnie funkcjonować.

4. Tego, że można żyć bez kawy.

Zanim zaszłam w ciążę byłam jedną z tych osób, które od kawy są po prostu uzależnione. Kawę pochłaniałam hektolitrami i nie wyobrażałam sobie jak mogłabym żyć bez kawy. Gdy zaszłam w ciążę kawę odstawiłam, w takcie karmienia piersią również nie piłam kawy, a że karmię do dziś to… będą już dwa lata jak nie piję kawy. Dla mnie samej to SZOK!

5. Tego, że wszystko ma swój czas

Jestem osobą, która szybko lubi mieć efekty, jeśli ich nie ma to trochę motywacja mi siada. Lubię działać i nie lubię zbyt długo czekać na cokolwiek, cierpliwość nie jest moją najmocniejsza stroną. Bycie mamą nauczyło mnie, że wszystko ma swój czas i naprawdę niczego się nie przyspieszy. Możesz chcieć by dziecko szybciej zaczęło przesypiać noce, szybciej i na dłużej potrafiło zająć się same sobą, szybciej zaczęło jeść w miarę schludnie (czytaj: tak, żeby cała podłoga w kuchni nie była do mycia po każdym posiłku), ale… to nie nastanie wtedy, gdy ty tego chcesz. To wydarzy się wtedy gdy przyjdzie na to czas, wszystko ma swój czas i wszystko dzieje się swoim czasie i tyle.

6. To, że każdy jest inny i nie ma co porównywać.

Mam wrażenie, że moje pokolenie i chyba też pokolenie moich rodziców, a może i też ich rodziców, to pokolenia wychowane na porównywaniu z innymi i wydaje mi się, że nie wyszło im/nam to na dobre. Wydaje mi się, że jednym z większych problemów wspomnianych pokoleń jest problem z samooceną i poczuciem własnej wartości. Ale jak budować wysoką samoocenę i poczucie własnej wartości, gdy nieustannie jest się porównywanym i gdy inni ciągle stawiani są za wzór? Dostałaś czwórkę? A Zosia dostała piątkę, czyli jednak można. Mieszkasz w mieszkaniu? A Zdzisiek ma dom z dziesięcioma pokojami. Jeździsz tanim autem? A Baśka ma takie za pół miliona. Byłeś na wakacjach nad Bałtykiem? A Nowak poleciał do Honolulu. Nie masz jeszcze męża? A Kowalska jest w twoim wieku i nie dość, że ma męża to jeszcze trójkę dzieci... I dalej tym samym tokiem: Twoje dziecko jeszcze nie ma ząbków? Moje już ma cztery. Twoje dziecko ma dwanaście miesięcy i jeszcze nie chodzi? Moje biega od ósmego miesiąca. Twoje dziecko jeszcze nie mówi? Moje już recytuje „Pana Tadeusza” itp. itd.
Kiedy rodziła się nasza córka, obiecaliśmy sobie z mężem, że nie będziemy jej porównywać i stawiać jej innych dzieci za wzór. Każde dziecko, powtórzę to jeszcze raz: KAŻDE dziecko jest inne, rozwija się i dojrzewa w innym tempie. Wiedziałam o tym od zawsze, ale od kiedy zostałam mamą widzę to silniej, jaśniej i dobitniej. Nie ma sensu porównywać, każdy jest inny.

7. Tego, że nie ma uniwersalnych metod wychowawczych.

Zanim zostałam mamą wychowanie dziecka wydawało mi się zadaniem stosunkowo prostym. Ot coś się robi, a czegoś się nie robi, wielka mi filozofia. Gdy moja córka przyszła na świat zobaczyłam, że ilu rodziców tyle metod wychowawczych. Ile autorytetów tyle książek o wychowaniu zawierających sprzeczne teorie. Ile dzieci tyle podejść, bo przecież każde dziecko jest inne. I to, że coś się sprawdza w przypadku dziecka jednych rodziców, wcale nie oznacza, że sprawdzi się w przypadku dziecka drugich rodziców. To, że Kaśka daje swojemu butlę z kaszą na noc i jej dziecko śpi jak taki susełek, nie oznacza, że gdy ty dasz butlę z kaszą to twoje dziecko też będzie spało. To, że moje dziecko lubi szpinak i brokuły, nie oznacza, że twoje też będzie się tym zajadało ze smakiem, bo twoje może nie chcieć ruszyć nic poza bułką, parówką i rosołem. To, że ktoś nosi swoje dziecko w chuście i dzięki temu może wszystko w domu zrobić, nie oznacza, że twoje dziecko też polubi się z chustą, bo są dzieci, które chusty ani nosideł nie akceptują (na przykład moja córka) itp. itd. Każdy swoje dziecko wychowuje po swojemu. Każdy robi inaczej i robi jak uważa. Do każdego przemawiają inne argumenty i metody wychowawcze. Każdy ma inny pomysł na to jakim być rodzicem. Nie każde dziecko jest takie samo, nie każdy rodzic jest taki sam, nie ma jednej metody dobrej dla wszystkich.

8. Tego, żeby sobie nie żałować.

Od kiedy zostałam mamą i widzę jak OGROMNE kwoty pochłania dziecko, nie żałuję też pieniędzy na siebie. Wiem, że bardzo często bywa na odwrót. Kiedy pojawia się dziecko – rodzice zaczynają oszczędzać na sobie i swoich potrzebach. Ja częściej oszczędzałam na sobie w erze przed dzieckiem, teraz wprost przeciwnie – uważam, że mi się należy! Należy mi się, za to zmęczenie, za nieprzespane noce, za bycie w ciągłej gotowości, za nieustanne przekładanie swoich planów na później, za brak dostatecznej ilości czasu dla siebie itp. itd. Należy mi się i już! Dlatego kiedyś bilet na spektakl z ulubioną aktorką kupowałam w wersji budżetowej – w ostatnim rzędzie albo na balkonie, a teraz kupuję w pierwszym (chyba że w pierwszym już nie ma), na wakacje jeździłam do trzy-, czterogwiazdkowych hoteli, w tym roku pojechałam do pięcio, kiedyś dziesięć razy zastanawiałam się zanim kupiłam droższy ciuch czy kosmetyk, teraz się nie zastanawiam – po prostu wkładam do koszyka (inna sprawa, że teraz nie mam czasu by wracać do sklepu po kilka razy i się namyślać, i zakupy też robię dużo rzadziej niż gdy nie byłam mamą). Od kiedy zostałam mamą po prostu zrozumiałam, że mój komfort i dobre samopoczucie są ważne, że mi też należy się „odrobina luksusu”, że ja też mam prawo wydać na siebie okrągłą sumkę, sprawić sobie przyjemność bez wyrzutów sumienia i przeliczania wszystkiego na paczki pieluch i bodziaki.

9. Tego, że czas naprawdę szybko mija…

Aplikacja do zdjęć w telefonie pokazuje mi zdjęcia zrobione rok temu. Patrzę na te zdjęcia i nie wierzę. Kiedy to się stało? Kiedy z leżącego na wznak niemowlaka moja córka stała się dzieckiem biegającym po domu z prędkością światła? Kiedy z bobasa, który patrzy na odwracane przez mnie karty książeczki i z uwagą słucha tego, co ja czytam, stała się panną, która siada na dywanie, ściąga książeczkę z półki i sama sobie, we własnym języku, opowiada oglądaną treść? Kiedy z dziecka, które spało w koszu Mojżesza zmieniła się w dziecko, któremu trzeba było obniżyć dno łóżeczka i wyjąć szczebelki? Kiedy przestałam rozgotowywać brokuły ze strachu, że ich nie pogryzie? Kiedy zaczęła wkładać i wykładać pranie z pralki, ściągać klamerki z suszarki, układać w rządku zabawki i samodzielnie myć zęby? Kiedy to się stało?
- Za chwilę dorośnie i pójdzie w świat – powtarza mój mąż. I tak, wiem, że to się stanie naprawdę już za chwilę… Czas szybko mija, za szybko!

10. Tego, że w byciu rodzicem tak naprawdę chodzi o czas i budowanie więzi.

Ponad dziesięć lat temu moim wielkim marzeniem było stworzenie serialu obyczajowego dla kobiet. Rozpisałam projekt takiego serialu i wraz ze scenariuszem pierwszego odcinka rozesłałam do producentów telewizyjnych. Serial nigdy nie powstał, ale jeden z producentów dostrzegł w moim pisaniu „coś” i zaprosił mnie na spotkanie, w sprawie współpracy przy produkcji, którą wówczas tworzył. Współpraca dość szybko się urwała. Minęło wiele lat, w tym czasie zajmowałam się wieloma innymi, choć wciąż pisarskimi rzeczami i trochę już zapomniałam o swoich scenariuszowych marzeniach. Kilka miesięcy temu, po tych nastu latach, odezwał się do mnie ten sam producent z propozycją współtworzenia od podstaw serialu obyczajowego. W pierwszej chwili pomyślałam: „łał, marzenia się spełniają”, w drugiej policzyłam ile czasu zabrałaby mi praca przy tym projekcie. W pierwszej chwili już chciałam rzucić się w szaleńczy wir tego, co dobrze znałam zanim zostałam mamą, a w drugiej przypomniałam sobie dlaczego odkładałam macierzyństwo tak długo. Otóż odkładałam dlatego, że chciałam być kobietą, która jest w takim momencie życia, że nie ma już potrzeby za niczym gonić, niczego udowadniać sobie ani światu, nie musi walczyć o każde zlecenie, ani brać każdego zlecenia, ani siedzieć tygodniami i miesiącami kilkanaście godzin ciurkiem przy kompie by dokończyć jakiś projekt, nie musi frustrować się, stresować i spalać pracą, poświęcać jej świątków, piątków i niedziel, myśleć: „o rany, a co jeśli taka oferta już się nie powtórzy, o rany, a co jeśli stracę okazję swojego życia, o rany a co jeśli ten pociąg już odjedzie”. Nie chciałam być kobietą dla której praca jest na pierwszym planie, a rodzina na drugim. Odkładałam macierzyństwo, bo chciałam mieć dziecko wtedy gdy będę miała na nie czas – czas fizyczny, ale też psychiczny. Nie chciałam być sfrustrowaną matką, która opiekuje się dzieckiem z poczuciem, że tam gdzieś toczy się atrakcyjne życie, a ona tu siedzi w kupkach i zupach. Nie chciałam mieć dziecka w momencie gdy czułam, że jeszcze chcę pożyć. Chciałam być mamą, która ma czas i ochotę na budowanie więzi. Na te codzienne spacery z córką i podziwianie wraz z nią każdego listka, kwiatka i patyczka, na wygłupianie się na dywanie, na śpiewanie piosenek i tańczenie, na ganianie się po domu, na wspólne czytanie książeczek, na przesypywanie kaszy i mąki z miseczki do miseczki, na pluskanie się w basenie, na mycie po każdym posiłku umorusanej buzi, rączek i włosów, w które znowu została wtarta zupa, na wieczorne usypianie i poranne przytulasy… To ja, a nie ktoś obcy, chciałam słyszeć pierwsze słowa mojej córki i widzieć jej pierwsze kroki. I tak, oczywiście, że tęsknię do swojego dawnego życia – do tego, że mogłam się wysypiać do woli i dowolnie dysponować swoim czasem, spontanicznie gdzieś wyskoczyć, nigdzie się nie spieszyć, pracować kiedy chcę, a nie kiedy mogę, bo akurat córka ma drzemkę, kupić bluzkę taką jaka mi się podoba, a nie taką, jaka będzie odpowiednia do karmienia i pomalować paznokcie bez obawy, że przetrwają nienaruszone dłużej niż kilka godzin. Ale równocześnie nie chciałabym wrócić do czasu sprzed bycia mamą, bo mam poczucie, że macierzyństwo, choć bywa tak piekielnie trudne, że nierzadko płaczę z wyczerpania, bezsilności, bezradności i zmęczenia, jest też najlepszym co mnie w życiu spotkało. I tak, bez żalu odrzuciłam propozycję współpracy, którą otrzymałam. Mam teraz ważniejszą robotę do wykonania – buduję więź z własnym dzieckiem.

A czego Ciebie nauczyło macierzyństwo?

2 komentarze: