sobota, 30 września 2017

Malowanie podłogi na biało - historia wzlotów i upadków w VII częściach prozą (odcinek 5)



POPRZEDNI ODCINEK MOŻECIE PRZECZYTAĆ TU 

Wychodzimy ze sklepu. Na dworze wciąż mróz. Jedziemy do konkurencyjnego marketu. Jak tu nie mają farby, to może będą mieli tam.

Wyprawa do marketu po raz czwarty
- Holzdur? Nie, my w ogóle nie mamy takiej marki – słyszę w konkurencyjnym markecie.
- No, to my chyba nie będziemy mieli białej podłogi – mówię ze złością do męża, gdy wychodzimy ze sklepu. - Co za pech! No sam, powiedz, czy nie pech? - dopytuję.

Jedziemy do innego marketu. Tam też nie mają. Zrezygnowani wracamy do domu. Co teraz? Jak żyć? W domu okazuje się, że pora obiadowa. W lodówce nic nie mamy, mówię, że skoczę do sklepu. Muszę się przejść, żeby wychodzić rozczarowanie i złość. Nie znam jeszcze okolicy, nie wiem, gdzie jest jaki sklep, dopiero się wprowadziliśmy i póki co ogarniamy mieszkanie, nie było czasu na spacery. Przechodzę przez ulicę, idę kawałek, mijam sklep z tapetami, zaraz, zaraz, coś miga za oknem wystawowym. Wygląda na to, że w sklepie poza tapetami mają też inne rzeczy: wałki, pędzle, silikony, i... farby. Wchodzę do środka, nie - wpadam do środka i bez „dzień dobry” rzucam się do regału z farbami. A tam, jak gdyby nigdy nic stoją sobie trzy pięciolitrowe puszki białej farby do drewna marki Holzdur.

Triumfalnie wracam do domu z jedną z nich!

Maluję kolejną warstwę. Szóstą, ale kto by się przejmował, najważniejsze, że farba jest.
- Szósta powinna pokryć – oznajmiam, gdy farba schnie, bo póki co żadne żółte plamy już nie wychodzą. Ale za pół godziny – niespodzianka! Żółte plamy znów są. No to siódma warstwa. Po siódmej jest lepiej, żółtych plam już prawie, prawie nie widać… A nie, jednak widać, a jednak znów są. Łzy bezsilności napływają mi do oczu.


- Cholera jasna! – uderzam pięścią w ścianę, którą kilka dni temu też pomalowałam na biało. - Cholera jasna! Co jest z tą podłoga nie tak? - pytam retorycznie, bo to jasne, że nikt mi na to pytanie nie odpowie...

Po dziewiątej warstwie jest zwycięstwo! Żółte plamy już nie wychodzą. Zabieram się za lakierowanie. Wybieram lakier do parkietu o wysokiej wytrzymałości V33 (na etykiecie jest napisane: twardość szkła, i naprawdę na tę twardość szkła liczę). Zaczynam lakierować, obowiązkowo w białych skarpetkach, wałkiem na wysięgniku. Lakier śmierdzi przeokrutnie, ale spodziewałam się tego. Wiem, że lakiery do parkietu mają mocny zapach. Ten zapach ma w sobie coś intensywnie słodkiego i ciężkiego, przywodzi mi na myśl lilie w ilości hurtowej w zamkniętym, dusznym, starym kościele bez wentylacji. Mimo że pokój jest niewielki, a ja mam na nosie i ustach maskę, muszę kilkukrotnie przerywać pracę i wychodzić do drugiego pokoju, a z niego na balkon, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza. Podłogę jednak lakieruje się dość sprawnie i szybko. Nakładam cienką warstwę lakieru i rozprowadzam go po powierzchni równomiernie i delikatnie. Dbam o to, by na całej powierzchni lakieru była ta sama ilość, inaczej po zaschnięciu te partie gdzie lakieru jest więcej lub mniej będą się odznaczać. Lakier dość szybko schnie, po kilku godzinach, można już spokojnie wejść na podłogę. Znów wstępuje we mnie nadzieja, ale kładzenie kolejnych dwóch warstw zostawiam na następny dzień.

Rano wstaję i od razu zabieram się do pracy. Najpierw przecieram całą podłogę papierem ściernym, żeby delikatnie zmatowić lakier. Potem zmywam podłogę tyle razy aż woda w wiadrze jest idealnie czysta. Czekam aż podłoga wyschnie i kładę drugą warstwę lakieru. Po drugiej sytuacja powtarza się – szlifowanie, zmywanie i trzecia warstwa. Po trzeciej jest fantastycznie! Podłoga wygląda pięknie!
I jest idealnie biała!

Nie znoszę robić sobie zdjęć, ale tę chwilę, chwilę triumfu, zdecydowanie trzeba uwiecznić. Staję więc w swoim roboczym zestawie – czarnych getrach w białe, geometryczne wzory, szarej, sportowej bluzie, białych skarpetkach i czarnej, wełnianej czapce (nie, nie jestem hipsterką i  czapka nie jest dla lansu, pod czapką mam foliowy czepek, a pod czepkiem maskę nawilżającą nałożoną na wilgotne włosy – takie „domowe spa” przy okazji remontu), trzymam wałek z lakierem i uśmiecham się do obiektywu. Mój uśmiech mówi: „proszę, jednak, tego dokonałam, mam białą podłogę!”.
Moją idealną, wymarzoną, białą podłogę!

Trzeciego dnia, skoro świt, wyskakuję z łóżka i biegnę zobaczyć jak się ma nasza nowa podłoga. Podłoga ma się świetnie! Lakier zasechł, jest twardy, nic się nie klei. Smród lakieru też już prawie wywietrzał. W powietrzu unosi się co prawda jeszcze delikatny „liliowy” zapach, ale jest do przeżycia.
- Wiesz myślę, że jutro będziemy mogli wstawić tu meble – mówię do męża.

Stoimy w milczeniu na progu pokoju i podziwiamy podłogę.
Naszą białą podłogę.

Dzień czwarty – wstawiamy meble. Łóżko, biurko, komodę, szaf póki co nie. Nowo zakupione szafy stoją w przedpokoju w kartonach i czekają aż je skręcimy, ale zanim je skręcimy chcemy wypróbować podłogę, zobaczyć jak się sprawuje. Podłoga sprawuje się świetnie. Po tygodniu skręcamy szafy. Rozpakowujemy worki z ubraniami. Ubrania wkładamy do szaf. Pierwsze pomieszczenie wyremontowane. Mamy sypialnię, teraz będzie można zabrać się za remont drugiego pokoju. Zaczynamy głębiej oddychać, zaczynamy normalnie żyć…

Aż któregoś dnia budzimy się i na podłodze zauważamy coś niepokojącego…


W następnym odcinku:
- co znowu stało się z naszą podłogą?
- czy z kolejnej opresji uda się nam wyjść zwycięsko
- a co z malowaniem podłogi w kolejnych pomieszczeniach?

Na te i inne pytania odpowiedź w kolejnym odcinku.

NASTĘPNY ODCINEK MOŻECIE PRZECZYTAĆ TU


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza