środa, 27 listopada 2019

To właśnie przyjaźń czyli jak wyczyścić czarny zlew



- A ty co tej, zapytała po poznańsku od progu i zmierzyła mnie wzrokiem.
- Ale że co? - odparłam mało domyślnie, zmęczonym głosem.
- No – powiodła po mnie spojrzeniem - z góry na dół, z dołu do góry. - Zmieniasz się w udręczoną matkę polkę? Co to za outfit na powitanie gości? - wskazała podbródkiem w moją stronę. - Czy to nie ty deklarowałaś, że nigdy przenigdy…
- … nie będę chodziła po domu w rozciągniętym dresie… - dokończyłam za nią, cytując moje własne słowa.
- No! - przytaknęła. - I co?
- Jak widzisz sporo się zmieniło w tej kwestii – obciągnęłam bluzę na brzuchu i dopiero teraz zauważyłam resztki śniadania mojej córki na rękawie. - Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia – wyznałam smętnie. - Choć siedzenie w tym wypadku to eufemizm, ja nigdy nie siadam – westchnęłam ciężko. - NIGDY! – dodałam melodramatycznie.
- No kochana, samo życie... – odparła lekko, zupełnie jakby nie pamiętała jak to jest być matką małego dziecka. - Nie jojcz, tylko nastaw na kawę – powiedziała tym swoim trochę szorstkim tonem, po czym dla równowagi krzepiąco poklepała mnie po ramieniu i ruszyła w stronę kuchni. - Albo sama nastawię, w końcu wiem gdzie co masz. A ty siadaj, siadaj skoro nigdy nie masz okazji. Sama się obsłużę – delikatnie pchnęła mnie w stronę krzesła przy stole.
Klapnęłam na nim z ciężkim westchnieniem i podparłam ręką lecącą głowę. - Znowu w nocy nie zmrużyłam oka – pożaliłam się. - Proszę, powiedz, że to się kiedyś skończy…
- Skończy się! - rzekła silnym, pewnym swego głosem. - Gwarantuję ci, że kiedyś się skończy! - powtórzyła, po czym sięgnęła do przewieszonej przez ramię materiałowej siatki. - Zupę ci przyniosłam, żeby nie było, że nie pamiętam jak to jest być matką „siedzącą” - na dźwięk tego słowa skrzywiła się wymownie - z dzieckiem w domu – puściła do mnie oko i zaczęła wyjmować z siatki słoiki obłożone w gazety. - Te dla was, a ten z czerwoną zakrętką dla małej, w środku ta sama zupa tylko bez soli i mniej doprawiona – poinformowała mnie, ustawiając na stole słoiki.
- Dzięki, jesteś kochana, ale nie…
- nie trzeba było – tym razem to ona dokończyła za mnie. - Tak, tak, ja wiem, że ty to jesteś taka dzielna-samodzielna i wszystko „ja sama”, ale czasami warto dać sobie pomóc, wiesz? - spojrzała na mnie uważnie.
- Dzięki – powiedziałam łamiącym głosem, bo nagle zachciało mi się płakać, trochę ze wzruszenia ( bo o mnie pomyślała i przyszła z tą zupą, co oznacza, że choć raz nie będę musiała gotować obiadu, co mocno mnie dziś odciążyło), a trochę ze zmęczenia, a trochę z jednego i drugiego.
- Spoko – machnęła ręką, na znak, że to nic wielkiego i nie ma o czym gadać. - Ja kawę a ty? - zapytała, otwierając szafkę z herbatami.
- Melisę – odparłam i potarłam zmęczone oczy. - Albo nie, po melisie będę jeszcze bardziej senna, pokrzywę – poprosiłam.
- I co słychać? - zapytała, zapytała stawiając kubki na stole i siadając naprzeciwko.
- Sama widzisz – objęłam ręką przestrzeń wokół nas – ja w dresie, cały dzień w domu, a w chacie syf.
- E… no bez przesady z tym syfem. Ja tu syfu nie widzę – odparła.
- Jak nie syf jak syf – zaprzeczyłam gwałtownie. - Kiedyś to miałam wszystko wypucowane, a teraz … - machnęłam ręką. - Nic nie mogę zrobić, na nic nie mam czasu, z niczym się nie wyrabiam.
- Tak to jest przy małym dziecku – powtórzyła.
- No tak właśnie jest – potwierdziłam – że nawet nie mam kiedy zlewu doprowadzić do porządku – wskazałam głową na swój czarny zlewozmywak. - Boję się czyścić sodą żeby nie odbarwiła, używałam takiego specjalnego środka do czyszczenia, ale mi się skończył, a ten środek jest tylko w jednym sklepie, a ten sklep jest daleko i nie mam kiedy tam jechać, i to tak w kółko – pożaliłam się.
- O rany, kobieto, trzeba sobie radzić z tym co się ma – uświadomiła mi.
- Ale ja nic nie mam – jęknęłam.
- A założymy się? - zapytała z błyskiem w oku. Energicznie wstała z krzesła i otworzyła jedną z szafek kuchennych. - Tak myślałam – mruknęła triumfująco pod nosem i wyjęła z szafki ocet.
- Ocet masz – postawiła na blacie butelkę.
- Ocet mam – przyznałam.
- Ludwika masz – wskazała dłonią na płyn do mycia naczyń.
- No Ludwika też mam – potwierdziłam.
- Szczotkę do czyszczenia masz – wskazała drugą dłonią na pojemnik przy zlewie, w którym leżała szczotka.
- Szczotkę też mam – odparłam z rozbawieniem.
- No to masz wszystko czego potrzebujemy – oznajmiła. - I teraz przystępujemy do części zasadniczej – wygłosiła tonem prezentera z telezakupów mango. - Podeszła do zlewu i hojnie polała go Ludwikiem, następnie równie hojnie polała zlew octem, następnie szczotką wymieszała ocet z płynem do mycia naczyń aż do powstała piana, którą pokryła cały zlew, następnie wyszorowała zlew powstałą mieszaniną.
Patrzyłam na to wszystko z mieszaniną rozbawienia i sceptycyzmu, nie do końca wierząc w jakiś spektakularny efekt końcowy. No bo ocet i płyn do mycia naczyń miałby zastąpić mój kosztowny, środek do czyszczenia czarnych zlewów? Po chwili jednak mój sceptycyzm zmienił się w entuzjazm bo mój czarny zlew na powrót był... czarny, a nie czarny z białymi zaciekami, jak jeszcze przed chwilą. Patrzyłam i nie wierzyłam, że to może być tak proste.
- O rany, dzięki, dzięki ci bardzo... - powiedziałam oceniając efekt.
- Drobiazg – pokazowo strzepnęła ręce.
- Nie, nie drobiazg – zaprzeczyłam gwałtownie – i pomyślałam, że na tym właśnie polega prawdziwa przyjaźń. Na przyniesieniu w trudnej chwili słoika z zupą, na bezinteresownej pomocy i wsparciu, na konkretnym działaniu, a nie udzielaniu dobrych rad, na zrozumieniu, bo „ja też tam byłam”, na ustawieniu do pionu kiedy trzeba, a kiedy trzeba poklepaniu po plecach, na powiedzeniu, że: „kochana, najdłuższa żmija kiedyś mija”, na zmieszaniu Ludwika z octem...
To tak niewiele, a równocześnie tak bardzo, bardzo dużo…

P.S. 1 Nie, nie jest to post sponsorowany choć gdyby Ludwik odpalił mi coś za reklamę, to bym się nie pogniewała;)
P.S. 2 Próbowałam tego patentu z innymi płynami do naczyń, ale mam wrażenie, że najlepszy efekt daje jednak zmieszanie tego konkretnego płynu do mycia naczyń z octem.

P.S. 3 Po umyciu zlewu warto przetrzeć go szmatką nasączoną w oleju jadalnym – to sprawi, że zlew będzie lśnił jak nowy:)

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza