wtorek, 16 maja 2017

Malowanie kafelków czas zacząć czyli szybka metamorfoza łazienki

Remont łazienki zwykle jawi się jako koszmar, bo nie czarujmy się - zwykle jest koszmarem. Skuwanie kafli, wymiana sanitariatów, pył, gruz, brud i wszystko razem... Dobra wiadomość jest taka, że koszmar można skrócić. Zamiast skuwać stare kafelki i kłaść nowe, stare można pomalować. Mniej pracy, bałaganu i wydatków... Dla osób, które tak jak ja lubią częste zmiany wystroju wnętrza, malowanie kafelków nad ich skuwaniem ma jeszcze tę przewagę, że za jakiś czas, gdy znudzi się kolor, kafelki znów będzie można przemalować...




Gdy po raz pierwszy weszłam do łazienki w swoim nowo zakupionym mieszkaniu, to... no cóż, szału nie było. Wiedziałam, że wszystko pójdzie do wymiany.


Najpierw zakładałam remont generalny - skucie kafli i tynków do cegieł, chciałam mieć taką surową, ceglaną łazienkę. A potem wyobraziłam sobie, a wyobraźnię mam nad wyraz rozwiniętą, jak to wszystko będzie wyglądać. To znaczy jak remont będzie wyglądał i gdzie my się biedni na czas robienia łazienki podziejemy, i kto to wszystko ogarnie - szukanie i doglądanie fachowców, i kto wytrzyma brak wody i brak możliwości, no wiecie... Potem pomyślałam jeszcze: jaki jest sens bawić się w to wszystko, skoro najpóźniej za dwa lata stwierdzę, że w zasadzie ta łazienka już mi się znudziła i chcę czegoś innego. Jeśli ktoś robi nową łazienkę z nastawieniem, że przez następnych dwadzieścia lat nie będzie jej ruszał to dla niego generalny remont jest super rozwiązaniem. Ale dla mnie? Nie, ja muszę mieć wnętrze, w którym łatwo będzie wszystko zmienić. I tak oto stanęło na tym, że kafelki nie zostaną skute tylko pomalowane.

Kiedy przygotowywałam się do owego malowania, szukałam na ten temat informacji w Internecie (dotąd nie malowałam kafli na tak dużej powierzchni). Większość wpisów pochodziła sprzed kilku lat i dotyczyła malowania kafli najpierw farbą podkładową, a potem właściwą. Ja jednak chciałam kupić farbę, która nie będzie wymagała farby podkładowej, bo na rynku pojawiły się już takie produkty. Na temat tej konkretnej farby*, którą ja wybrałam, informacji żadnych nie znalazłam. Pomyślałam więc, że wpis o tym - jak malować kafle farbą bezpośrednio temu dedykowaną - może się komuś przydać. No to zaczynamy...

Zaczynamy od przygotowania podłoża czyli dokładnego umycia kafelków i fug. To część prac, która wymaga sporo czasu, zwłaszcza gdy kafle są stare, a fugi jeszcze starsze (tak jak to było u mnie, które pomimo intensywnego szorowania ich szczoteczką do zębów i tak w wielu miejscach nie dawały się doczyścić). Ja kafle i fugi zmywałam najpierw szarym mydłem, (które stosuję niemal do wszystkiego, o czym pisałam tu), a potem płynem przeciw tłuszczowi. Zajęło mi to baaaardzo dużo czasu, ale wiedziałam, że przygotowanie podłoża (wyczyszczenie i odtłuszczenie) są bardzo ważne dla dobrej przyczepności farby. Kiedy umyłam już kafle przystąpiłam do malowania.

I teraz WAŻNA INFORMACJA!
Kiedy czytałam o tym jak malować kafelki we wszystkich wpisach pojawiało się jedno i to samo: zanim zacznie się malować kafle, najpierw należy pomalować fugi pędzelkiem. No to pomalowałam fugi pędzelkiem i to był błąd. To był błąd dlatego, że te pomalowane miejsca po wyschnięciu farby  odznaczały się. Tak jak widzicie to na zdjęciu.


Niby nieznacznie, ale jednak nad i pod fugą widać grubszy pasek farby. Po kilkunastu dniach farba wyrównała się na całej powierzchni i ten pasek farby zaczął zanikać więc trzeba się przyjrzeć, żeby go dostrzec, ale jak się przyjrzycie to jest. Na szczęście dość szybko zorientowałam się, że dla mnie to nie jest dobry sposób malowania i zaczęłam malować wałkiem całą powierzchnię kafelka i fugę, to znaczy fugę malowałam delikatnie rogiem wałka, całość wyrównywałam i było ok.. Tym sposobem farba na całej powierzchni rozkładała się o równomiernie.


Jeśli chodzi o ilość warstw farby, to... to zależy. Zależy od koloru farby. Ja postanowiłam część ściany pomalować na biało, a część na odcień ciemnej szarości. Kafelki, jak widzicie na zdjęciu, miałam zielonkawe-mazajowate. Zwykle na pudełku z farbą napisane jest, że wystarczą dwie warstwy. No nie wiem, mi nie wystarczyły. To znaczy nie wystarczyły jeśli chodzi o białą farbę, tu potrzebne były aż cztery warstwy. Zresztą zobaczcie sami.





Białej farby trzeba było położyć cztery warstwy, ale za to naprawdę dobrze pokryła powierzchnię. Szczególnie bałam się jak wyjdą pojedyncze ozdobne kafelki, ale bałam się niepotrzebnie bo wyszły dobrze.



Ciemniejszej farby wystarczyło położyć dwie warstwy.




Jeśli chodzi o nakładanie samej farby, tym co dla mnie było zaskoczeniem, to fakt, że farba do kafelków nie przypominała żadnej znanej mi farby, a z farbami, różnego typu miałam już sporo do czynienia. Farba do kafelków ma zupełnie inną konsystencję niż na przykład emalie - jest bardziej gęsta i tępa w nakładaniu. Trzeba malować nią bardzo wolno i bardzo dokładnie. Wolno dlatego, że nie ma szansy na poprawki jeśli coś nie wyjdzie. Kiedy zacznie się poprawiać jest jeszcze gorzej - wiem, sprawdziłam, w efekcie musiałam usuwać farbę z całej powierzchni kilku kafelków. Moja dobra rada więc brzmi - zacznijcie malowanie od miejsc, które nie będą na pierwszym planie - to pozwoli Wam poznać farbę i wyczuć jak ją nakładać.

Malowanie kafelków trwa dość długo - to też było dla mnie zaskoczeniem, bo myślałam, że czasowo wyjdzie podobnie jak malowanie ścian i łazienkę, która jest naprawdę niewielka, machnę raz, dwa. W efekcie malowanie wraz z przygotowaniem do malowania czyli umyciem kafelków zajęło mi równiutkie dwanaście godzin. Plusem był fakt, że zapach farby nie jest intensywny, a sama farba bardzo szybko schnie. To sprawiło, że kolejne warstwy mogłam kłaść bardzo szybko, jedna po drugiej. Malowałam ścianami, czyli najpierw jedną ścianę od sufitu do połowy, potem przeciwległą ścianę od sufitu do połowy, a w tym czasie pierwsza ściana schła, gdy skończyłam drugą ścianę mogłam wracać do pierwszej i kłaść drugą warstwę itd..

Po malowaniu farba potrzebuje czasu, żeby się utrwalić. To oznacza, że przez pierwsze dni (producent zaleca dwadzieścia dni) należy obchodzić się z nią delikatnie (nie używać ostrych gąbek do czyszczenia ani silnych detergentów) i tak właśnie postąpiłam. Niestety nie mogliśmy sobie pozwolić na to, żeby wyłączyć łazienkę z użycia więc baterie zostały przykręcone zaraz po pomalowaniu kafelków, pozbawiliśmy je tylko tych osłonek, które dotykają bezpośrednio do ściany, by nie zadrapać kafli. I tak to wyglądało przez jakiś czas, dopóki farba się nie utwardziła. Nowe baterie przykręciliśmy po zalecanych dwudziestu dniach.


Z czasem też, co szczególnie zauważyłam na przykładzie białej farby, farba ujednolica się na całej powierzchni - jeśli więc są takie miejsca, gdzie farby daliście mniej, a gdzie indziej więcej, i zauważyliście to dopiero po pomalowaniu, nie martwcie się - po kilku tygodniach to się wyrówna.

To chyba wszystko:) Jeśli jednak jest coś, o czym nie napisałam, a co Was interesuje - śmiało pytajcie:)

Łazienka po malowaniu wygląda tak:

 


* Malowałam farbą V33, nie jest to wpis sponsorowany, nazwę marki umieszczam dlatego, że przymierzając się do kupna tej farby sama szukałam na jej temat opinii i nie mogłam znaleźć, sądzę, że w mojej sytuacji jest wiele osób i dla nich ten wpis może okazać się pomocny. W każdym razie taką mam nadzieję:)

2 komentarze:

  1. A co z podłogą? Linoleum, mowe płytki?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wykładzina na stare płytki.Musieliśmy łazienkę robić migusiem (prysznic,siusiu,te sprawy;)) więc o kładzeniu nowych płytek nawet nie było mowy...

      Usuń