środa, 18 października 2017

Sztuka rozstania czyli prl po raz trzeci


- Rozstajemy się tak? - usłyszałam.
Westchnęłam. Milczałam.
Nie wiedziałam co powiedzieć. To znaczy wiedziałam co powiedzieć, ale nie widziałam jak. No bo jak powiedzieć komuś, że ma sobie iść z twojego życia? Że Ci nie pasuje? Że na jego miejsca czeka już ktoś inny? I że jednak wolisz nowszy, młodszy model. I jak powiedzieć to delikatnie, żeby nie było dramy? Żeby rozstanie przebiegło w dobrej atmosferze.

- Rozstajemy się? - głos ponownie poniósł się po przedpokoju.
W pytaniu nie było pretensji, złości i żalu. Raczej stwierdzenie. Smutna konstatacja, że „no cóż, skoro tak się sprawy mają...”. Może nuta zawodu: „szkoda, że tak się sprawy mają”. I nieśmiała, bardzo nieśmiała nadzieja, że może sprawy jednak zmienią swój bieg…?
- Rozstajemy się? - usłyszałam po raz trzeci i sama w sobie czułam, że nie ma co przeciągać struny, że trzeba powiedzieć wprost, że tak albo nie.
Wahałam się chwilę niczym ta waga. Aż w końcu potakująco pokiwałam głową. Spuściłam oczy i umknęłam nimi w bok.
- Więc jednak… - zabrzmiało to gorzko i jakoś tak smutno.
Milczałam. Było mi głupio i czułam jak się rumienię.
- Rozumiem… - poniosło się znowu, a ja odważyłam się podnieść wzrok.
- Rozumiesz? - uczepiłam się tego słowa z nadzieją.
Teraz dla odmiany po drugiej stronie zaległa cisza. Długa, długa cisza.
- Nie! Właściwie to nie rozumiem! - głos ze spokojnego zmienił się nagle w bojowy. - Nie rozumiem DLACZEGO?
To „dlaczego” odbiło się echem o ściany i w mojej głowie.
- Dlaczego jesteś taka niesprawiedliwa? - padł ciąg dalszy pytania.
- Nie-spra-wie-dliwa? Ja? - aż się oburzyłam i w w efekcie zakrztusiłam. Bo, no kurcze, ja i niesprawiedliwa?! Hello! Ja to akurat sprawiedliwa jestem. Ja jestem chodząca sprawiedliwość! Nawet moje imię na to wskazuje – Justyna, z łaciny iustus – sprawiedliwy. No!
No chyba, że nie... Chyba że nie jestem sprawiedliwa? Czasami...? Może...? Może czasami nie jestem? Może czasami jestem niesprawiedliwa? Kurcze, no może tak właśnie jest…?
- Dlaczego uważasz, że jestem niesprawiedliwa? - zapytałam, po chwili refleksji nad samą sobą.
- Bo mnie chcesz wykopać z domu, a ich nie wykopałaś – usłyszałam w odpowiedzi.
Krótko i na temat.
- I w związku z tym moje pytanie brzmi… - zapadła chwila ciszy, pewnie po to by pytanie lepiej wybrzmiało - ... w czym oni są lepsi ode mnie?
- W niczym – odparłam automatycznie.
- WŁAŚNIE! – padło dosadnie i z wyrzutem – w niczym!
Milczeliśmy. Milczeliśmy. I milczeliśmy.
- To dlaczego oni mogą zostać, a ja nie? - padło kolejne pytanie.
- No… Bo… - kurcze, nie widziałam co odpowiedzieć.
- Chcesz się mnie pozbyć bo za dużo wiem? Bo widuję to i owo? Bo nic co ludzkie nie jest mi obce? Bo nic co ludzkie się przede mną nie ukryje, tak?
- Nie. No skąd! - zaprzeczyłam gwałtownie, a na policzki wypłynął mi rumieniec oburzenia.
- To dlaczego? Dlaczego je mogłaś odnowić, a mnie to już nie?

Westchnęłam. Spojrzałam na odnowione prl-owskie drzwi do kuchni i pokoju. Spojrzałam na drzwi do łazienki, nieodnowione i przeznaczone do wymiany.
Znów westchnęłam. I postanowiłam, że się przyznam. Że powiem prawdę. W końcu na prawdę zasługują. Będzie więc prawda na pożegnanie.

- Bo mi się nie chce – wyznałam prosto z serca i poczułam ulgę. No. Już. Powiedziane. Mam to za sobą.
- LENIUCH – po przedpokoju poniósł się gromki okrzyk. - Jak możesz? No wiesz! Wstydź się, leniuchu! Wstydź! – drzwi od łazienki niemal wyskoczyły z zawiasów.

Takiej reakcji się nie spodziewałam. Ale gdy mnie atakują to nie stoję biernie. Toteż przeszłam do kontrataku.

- Tak, nie chce mi się! - oświadczyłam zdecydowanie. - Nie chce mi się i mam do tego prawo. Ma prawo mi się nie chcieć, od miesięcy ciągle tylko maluję, remontuję, reperuję, lakieruję, tapetuję i odnawiam. I już mi się nie chce. Jestem zmęczona. I dla odmiany chcę sobie kupić normalne, nowe drzwi, bo nie chce mi się już odnawiać starych, nie chce mi się i już – wyrzuciłam z siebie.
- To sobie rób jak chcesz – oświadczyły drzwi i zatrzasnęły się z trzaskiem.

A potem nastało kilka cichych dni...

No, niekoniecznie cichych, bo drzwi nagle zaczęły zamykać i otwierać się z chrzęstem. Skrzypiały przeokrutnie. Szczególnie w środku nocy. Aż sąsiedzi z góry i z dołu znacząco stukali w kaloryfery z przekazem, żeby te drzwi wreszcie uciszyć.
Ale drzwi nawet nie zamierzały być cicho. Głośno demonstrowały swoje niezadowolenie. Wyjmowanie z zawiasów, smarowanie smarem nic kompletnie nie dało. Drzwi skrzypiały w najlepsze i jak na złość.

A raz nawet zaciął się zamek. I to zaciął się akurat wtedy gdy byłam w łazience i szykowałam się do wyjścia, bardzo, bardzo ważnego i bardzo, bardzo się spieszyłam. No cóż - cierpliwość jest cnotą – jak mawia moja dobra znajoma więc cierpliwie przeczekałam zatrzaśnięta w łazience parę ładnych godzin do powrotu mojego męża z pracy. A gdy tak czekałam, jak wróci i mnie uratuje, to od złości na te złośliwe drzwi przeszłam do zrozumienia. Zrozumiałam, że skoro tak bardzo chcą u mnie zostać, to w sumie niech zostaną. I sumie mam przecież jeszcze farbę i tapetę, i klej do tapet, to szkoda, żeby to wszystko się zmarnowało, nie? W efekcie tych rozmyślań następnego dnia z rana zabrałam się do roboty.

Nowych drzwi nie kupiłam, stare odnowiłam.

Ja to jednak typowa zodiakalna waga jestem – ciągle zmieniam zdanie;)

***

Odnowa drzwi polegała na oklejeniu ich tapetą i trzykrotnym zalakierowaniu lakierem akrylowym do drewna. Przed tapetowaniem drzwi porządnie umyłam szarym mydłem (bo szare mydło jest niezastąpione do wszystkiego o czym pisałam TU). Tapetę przyklejałam na klej do tapet. Ramę wokół szybki pomalowałam czarną farbą do drewna i metalu. 
Dodatkowo przestrzeń między szybą a ramą uzupełniłam czarnym silikonem.


Na szybę nakleiłam folię tablicową, po której można pisać kredą. I napisałam kredą co i jak - bo to w końcu drzwi do łazienki są;).



Od strony wewnętrznej drzwi prezentują się tak:



Na drzwiach zawiesiłam wieszak na ręczniki. Wieszak oczywiście własnej roboty. Jak go zrobić pokazywałam w TU.
Klamka została prl-owska ale nie ta, która była w drzwiach oryginalnie lecz przeniesiona z innych prl-owskich drzwi.


Drzwi w nowej odsłonie wyglądają jak na załączonym obrazku. Chyba im się podoba, bo przestały skrzypieć i zatrzaskiwać mnie w toalecie;).



P.S. Pozostałe odnowione przeze mnie prl-owskie drzwi możecie zobaczyć TU i TU


6 komentarzy:

  1. Niesamowity efekt. Wyglądają jak tablica inspiracji. Dobrze, że dałaś im drugą szansę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gosia, dziękuję, od Ciebie na dobre słowo zawsze mogę liczyć:)Świetne skojarzenie z tablica inspiracji, bo faktycznie jak patrzę na te drzwi i drzwi w kuchni oklejone tą samą tapetą, to często przychodzą mi do głowy różne twórcze pomysły. A drugą szansę zawsze staram się dawać, z trzecią to już różnie bywa;)

      Usuń
  2. Też mam w domu takie drzwi i to jest świetna inspiracja, jak można je odmienić. Gratulacje :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję:) Cieszę się, że Ci się podobają:) I witam na blogu nową czytelniczkę, moją imienniczkę w dodatku:) Mam nadzieję, że jeszcze mnie tu odwiedzisz - zapraszam:)

      Usuń
  3. Moje gratulacje za samą metamorfozę jak i cały opis, uwielbiam Twój styl. To wspaniałe,że nie tylko ja mam fioła i gadam z meblami. Choć ja zwykle przemawiam do śrub, które nie chcą się odkręcić. Proszę je, błagam, biorę na litość i niestety z różnym skutkiem to działa :-) Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kingo, dziękuję Ci serdecznie:) Cieszę się, że mnie poczytujesz i podoba Ci się to co czytasz, naprawdę strasznie miło coś takiego usłyszeć:) A co do śrub to doskonale Cię rozumiem, śruby są baaaardzo oporne na perswazję;)Pozdrawiam również:)

      Usuń